Strona główna > Aktualności > Publicystyka > Zamknięte cmentarze, to na skutek zdarzeń, ostatnich historii, ostatnich wydarzeń…

Zamknięte cmentarze, to na skutek zdarzeń, ostatnich historii, ostatnich wydarzeń…

black and gray cement tombs

Zamknięte cmentarze, to na skutek zdarzeń, ostatnich historii, ostatnich wydarzeń… 

Piotr Mularz dla Kongresów

 

Źródło: Wikipedia Commons

Tytuł tego felietonu nie jest przypadkowy, jednak nie zamierzam skupiać się na kwestii zamkniętych cmentarzy. Wykorzystałem jednak cytat z piosenki Kazika, by wywołać  dyskusję na temat błędnych decyzji, które przynajmniej od lata podejmuje rząd. 

Dlaczego dopiero od lata, nie wiosny? Otóż, na wiosnę ciąg decyzji podejmowanych na wysokim szczeblu państwowym nie był wzorowy, jednak wytłumaczalny. Decyzją rządu z 24 marca br. wprowadzony został zakaz wychodzenia z domu, z wyłączeniem czynności niezbędnych do życia. 24 marca dobowy przyrost zakażeń w skali kraju kolejny dzień z rzędu był rekordowy i wyniósł…153 osoby. 

Czy całkowity lockdown był wtedy konieczny? Czy zatrzymał rozwój epidemii w Polsce na tyle, że do października sytuacja była dość stabilna? Być może. Jednak, oprócz oficjalnych rządowych obostrzeń, istotny był jeszcze jeden element. Nazywany częściej odpowiedzialnością, choć ja opisałbym to jako strach. Strach o siebie i o swoich bliskich wymuszał odpowiedzialne zachowania. Wtedy nikt nie negował pandemii, a jeśli już, to trzymano ten pogląd w swoich czterech ścianach. Jednak ludzie zaczęli oswajać się z życiem w czasie pandemii. Niestety niektórzy zbyt mocno. Powróciła „Teoria Dziejów”. Coraz więcej osób, słysząc w mediach o globalnym problemie, a nie dostrzegając go w swoim otoczeniu, zaczęło przeczyć istnieniu wirusa.  

Powodem tego była, wtedy jeszcze niewielka, skala problemu. Przez cały kwiecień dobowy przyrost zakażeń falował w granicach od 243 do 545. W blisko 38-milionowym narodzie! Dlatego wirus wtedy przestał być dla wielu zagrożeniem, a stał się kwestią wiary. Wtedy zaczął się poważny problem. Zmiana mentalności i nastawienia, a do tego „mała stabilizacja” i rozluźnienie w czasie wakacji, było preludium, chciałoby się rzec – deszczowym, bo ponurym, do obecnego stanu rzeczy.

Jednak wróćmy do rządu, którego niestety owe rozluźnienie również dotyczyło. Pojawia się wiele pytań. Dlaczego rządzący zachowywali się, jakby nie wiedzieli o tym, że na jesień sytuacja epidemiologiczna w Polsce ulegnie znacznemu pogorszeniu? Dlaczego przez okres wakacyjnej stagnacji nie przygotowali państwa w sposób elementarny? Dlaczego rząd zapomniał o przygotowaniu oddziałów zakaźnych, miejsc w szpitalach, potrzebnego sprzętu (w tym respiratorów), a także –  co bardzo istotne – przeszkolonej kadry? 

Premier Morawiecki, szczególnie przed drugą turą wyborów prezydenckich, wypowiadał słynne już hasła, iż wirus jest w odwrocie i nie trzeba się go bać. Każdy z nas słyszał kiedyś powiedzenie, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. Widocznie premier przekroczył tę magiczną barierę, a przynajmniej na to wskazywało jego zachowanie. 

Tak więc – odpowiedź na wszystkie postawione wcześniej pytania jest krótka i brzmi: władza. Czas na przygotowanie kraju stał się czasem walki o władzę. Kampania prezydencka, walka ze środowiskiem LGBTQ+, rekonstrukcja rządu. Na tym skupiała się latem uwaga rządzących. Były to skuteczne metody, aby odwrócić uwagę od problemu pandemii, jednak bardzo nieodpowiedzialne. Mniej więcej od tego momentu zaczęła się seria złych posunięć rządu..

Nastroje społeczne uległy ostatnio znacznemu pogorszeniu. W najgorszym dla zdrowia i życia Polaków momencie pojawił się temat od zawsze kontrowersyjny. Temat, który połączył kobiety, ich rodziny, młodzież, zwolenników wolnego wyboru, a nawet taksówkarzy, czy niektóre środowiska kibicowskie, gdzie słowo „niektóre” wymaga podkreślenia. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej rozgrzał ulicę dużych i małych miast do czerwoności. Do czerwoności pioruna, symbolu, który PiS oraz TVP (w zasadzie można stosować wymiennie) próbowali zdyskredytować. Piorun dla mnie jest znakiem napięcia społecznego, ale także energii protestujących. 

Skąd bierze się tak duży sprzeciw do wyroku TK? Każdy rozsądny obywatel demokratycznego państwa wie, że walka o wolność wyboru jest słuszna i, nawet mimo odmienności swoich przekonań, nie może on ich narzucać innym, ponieważ byłoby to ograniczeniem cudzej wolności, a przecież wciąż żyjemy w państwie demokratycznym. 

Według mnie, protesty te ewoluowały na przestrzeni dosłownie kilku dni. Główny postulat pozostał oczywiście niezmienny, jednak strajki sprzeciwiające się wyrokowi Trybunału nabrały charakteru antyrządowego, przez co zyskały rzeszę kolejnych zwolenników. Wielu, a nawet większość protestujących, nie oczekuje już tylko powrócenia do poprzednio obowiązującego kompromisu. Chcą więcej. Chcą dymisji rządu i liberalizacji prawa aborcyjnego. 

Czy czas pandemii to dobry czas na masowe protesty? Pytanie to jest bezpodstawne, ponieważ to nie demonstranci wybrali ten moment. Według ustaleń dziennikarzy Wirtualnej Polski, wyrok dotyczący wniosku do TK z grudnia 2019 r. został ogłoszony w tym momencie nie przypadkowo, a na życzenie prezesa Jarosława Kaczyńskiego, ponieważ miał na celu zatrzymanie w obozie Zjednoczonej Prawicy posłów, którzy nie zgadzali się na słynną już „piątkę dla zwierząt”. Tak więc po raz kolejny najważniejsza okazała się władza. 

Przez tę decyzję Jarosław Kaczyński może nie być już więcej określany mianem „najlepszego stratega”. Prezes zdecydowanie nie spodziewał się tak wielkiej skali strajków. Jedyne paliwo polityczne, które wicepremier chce uzyskać z masowych protestów, to uniknięcie odpowiedzialności za pogarszającą się sytuację epidemiologiczną, a także brak przygotowania służby zdrowia. Stąd pojawiły się oskarżenia wobec demonstrantów o poszerzanie skali pandemii, a także wobec opozycji o wyprowadzenie ludzi na ulicę. Czy ruch spod znaku czerwonej błyskawicy działa na korzyść opozycji? Tak. Czy te demonstrację są zasługą opozycji? Nie. Nie potrzeba było żadnych apeli, ani nawoływań ze strony bloku opozycyjnego, aby chwilę po wyroku trybunału pierwsi manifestanci wyszli na ulicę. Cały ruch powstał w sposób zupełnie oddolny i spontaniczny. Po sejmowych przemówieniach czy apelach umieszczanych w internecie, widzę, że prezes Kaczyński po prostu boi się tego, co dzieje się na ulicach, o czym najlepiej świadczy potężny kordon policji pod jego domem w czasie „Marszu na Warszawę”. 

Sytuacja wymknęła się wicepremierowi spod kontroli, a do tego doszła kolejna nieporadna decyzja rządu, od której zaczęliśmy i na której skończymy, mianowicie zamknięcie cmentarzy w Dzień Wszystkich Świętych.  Decyzją tą rząd wywołał negatywne emocje przede wszystkim w swoim własnym elektoracie – elektoracie katolickim. Pojawiło się niezrozumienie decyzji. Wielkie pretensje wobec rządzących skierowane były z powodu tak późnego jej ogłoszenia, co uniemożliwiło wielu osobom odwiedzenie grobów swoich najbliższych, choćby w okolicy dnia pierwszego listopada. Wyborcy PiS-u, nie ukrywając oburzenia, pytają rządzących o to, jak mogą oni pozwolić na wielotysięczne demonstracje, a w tym samym czasie uniemożliwiają im odwiedzenie cmentarzy w czasie tego – jakże ważnego dla katolików – święta.  Do tego ogromne starty sprzedawców kwiatów i zniczy, dla których ten weekend, do którego często przygotowują się przez cały rok, był zawsze niezwykle istotny finansowo. 

Złe decyzje, coraz częściej podejmowane przez osoby sprawujące władzę, wpływają negatywnie na sondaże, w których PiS wyraźnie zaczyna tracić poparcie. Kolejne grupy społeczne i zawodowe tracą cierpliwość. Czy manifestacje doprowadzą do obalenia rządu? Czy spadek poparcia dla PiS jest chwilowy, czy utrzyma się dłużej? A może PiS utrzyma rząd do końca kadencji, mimo coraz większych problemów zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych? 

Jedno jest pewne. Ta władza nie ugina się łatwo pod żadnymi naciskami. Stoi twardo przy swoim. Ale czy po to mamy w Polsce demokrację, aby partia rządząca postrzegana była jako reżim nie do obalenia? W najbliższym czasie ulica zdecyduje.