Wywiad z posłem prof. Jackiem Kurzępą

Źródło: Jacek Kurzępa, Facebook

(Mikołaj Wolanin – M.W.): Niedawno kilka dni spędził pan poseł na festiwalu Pol’and’Rock. Zresztą nie pierwszy raz. Jak wrażenia? Czy dużo się zmieniło od czasu pierwszej edycji, na której był pan obecny? 

(Jacek Kurzępa – J.K.): Na festiwalu (najpierw pod nazwą Przystanek Woodstock, a teraz Pol’and’Rock Festival) jestem od zawsze. Może oprócz Czymanowa, chyba w 1995 roku. Zestarzałem się zatem z festiwalem i jego uczestnikami. I to jest pierwsze spostrzeżenie biograficzno-socjologiczne. Kiedyś festiwal był festiwalem tylko młodych. Dziś, sami wiecie, gromadzi bardzo różne pokolenia. Także tych, którzy, jak się zaczynał, mieli po kilkanaście lat, a dziś są ojcami i matkami tych, których ze sobą na festiwal zabierają. Jeśli zatem pytasz, czy dużo się zmieniło, to ta jedna zmiana wywołuje inne. Choćby to, że z „rustykalnego”, „prostego, w sensie dość prymitywnego co do infrastruktury” (chodzi o sklepiki festiwalowe, fast-foody, dostępne Toi-Toie, prysznice itd.) festiwalu mamy wielką różnicę na plus. Muzyka wtedy i teraz jest głównym motywem obecności. Piwko i kiedyś, i teraz jest w tzw. pierwszej potrzebie. „Trawa” i „bufanie” kiedyś, jak i teraz, są obecne. Jest zdecydowanie mniej nagości, ekscesów obyczajowych, jakby „grzeczniej”. Więcej jest polityki i to dość jednostronnie podawanej. Kiedyś i teraz Przystanek Jezus był i jest traktowany przyjaźnie oraz bez problemów. Kiedyś i teraz czuję się na festiwalu dobrze. Stale mnie on intryguje w sensie badawczym.

(M.W.): Jest pan także harcerzem. Co jest tak pociągającego w harcerstwie, że mundur jakiejkolwiek organizacji nosi tyle osób?

(J.K.): Pytania, Mikołaju, wymagałyby wielostronicowej odpowiedzi, a tu ma być krótko i soczyście. Po pierwsze: harcerstwo nie każdemu przypadnie do gustu, a jego tajemnica kryje się w tych cechach: przyjaźni i braterstwie. To znaczy, że ludzie młodzi wspierają się wzajemnie w wędrówce ku dorosłości w oparciu o wyraźne zasady (harcerskie prawo i przyrzeczenie), które obowiązują każdego z nas, bez względu na wiek i pełnioną funkcję. Po drugie: przygoda. Harcerze mają „motorek w dupie”, nie usiedzą na miejscu, ciągle coś ich gna, pędzi ku przygodzie, robieniu czegoś, odkrywaniu „nowych lądów”. I to jest genialne, bo nie nudzisz się i co rusz poznajesz kogoś, coś nowego. Jak w kalejdoskopie. No i trzecia rzecz: ja lubię śpiewać i się bawić. Harcerze robią to z reguły przy ognisku. Pląsają, śpiewają z gitarą w ręku… po prostu uwielbiam ten klimat, gdy razem z grupą 30–50 osób śpiewasz to samo, niekiedy na różne głosy. To jest „zarąbiste”! Polecam! No i druhenki… są wystarczająco ładne w swoich mundurkach. Tak, że warto być harcerzem!

(M.W.): Zawodowo zajmuje się pan socjologią. Prowadzi pan w Łodzi badania dotyczące obecności substancji odurzających wśród młodzieży. Czy mógłby pan zdradzić naszym czytelnikom, na jakim etapie są prace i do jakich wniosków na ten moment pan doszedł?

(J.K.): Tak, tak, tak. 17 września w Urzędzie Miasta w Łodzi w sali konferencyjnej odbędzie się konferencja podsumowująca trud badawczy ostatniego roku mojej pracy. Projekt nosił nazwę „Eksperyment Łódzki”. Brała w nim młodzież z Łodzi i województwa, ale swoim udziałem wsparli także instruktorzy ZHR-u, młodzi z MRM Łódź, duszpasterstwo akademickie, młodzież z OHP, moi łódzcy studenci. Raport liczy około 250–270 stron. Nie chcę tu ani was straszyć, ani byle jak opisywać trudu tych kilku miesięcy pracy. Zapraszam zatem redakcję na konferencję. Czytelników z Łodzi także. Usłyszycie wszystko i streścicie później na swoich łamach.

(M.W.): Przejdźmy może do parlamentaryzmu. Skąd wziął się pomysł założenia Parlamentarnego Zespołu ds. Wspierania Młodzieżowych Rad?

(J.K.): Jest rok 2015, rocznica powstania PROM-u i konferencja z tej okazji w Warszawie. Jako nowy poseł pojawiam się tam. Sytuacja jest szczególna, po zmianie władzy. „Starzy” (w sensie decydenci) już nie mieli legitymacji, by być, a nowi jeszcze nie „czaili bazy”. Pojawiłem się ja. Naiwny i gotowy do „ruszenia z posad bryłę świata”. Wtedy na spotkaniu plenarnym ktoś (nie wiem, czy nie był to Mateusz Czerniga) powiedział, że MRM-y nie mają w Sejmie swojej reprezentacji i szkoda. Na co niefrasobliwie i nieco buńczucznie odpowiedziałem, że ja założę taki zespół. I powstał. Mateusz zatem jest ojcem chrzestnym, a ja, jakby nie było, ojcem biologiczno-politycznym.

(M.W.): Jak młodzież podchodzi do prac Zespołu? Czy ciężko się z nią pracuje?

(J.K.): Wiecie, jestem socjologiem młodzieży. Nie jestem obiektywny, bo za bardzo wam ufam i w was wierzę. I gdy słyszę takie pytanie, to zawsze otwiera mi się zwrotka: czy wam, młodym ciężko było pracować z nami? I wiem, że tak, bo mi też z reguły ciężej się pracuje z dorosłymi niźli z wami. Dlaczego? A przede wszystkim dlatego, że dorośli nie dotrzymują słowa, co z reguły wam się nie zdarza. Dorośli mocno kalkulują, a wy jesteście ideowi. Posłowie bardzo często mają także parcie na „szkło” z uwagi na to, że nasza praca nie była spektakularna, raczej organiczna, więc szybko tracili dla niej serce.

(M.W.): A co na to sejmowe komisje? Jak układa się współpraca Zespołu np. z Komisją Edukacji, Nauki i Młodzieży i przewodniczącym Grupińskim albo Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej na czele z posłem Maciejewskim?

(J.K.): Pan przewodniczący Rafał Grupiński to stary lis sejmowy, stary wyga. Jasne, że jesteśmy wobec siebie w opozycji. Doceniam jednak jego umiejętności prowadzenia posiedzeń komisji, w tym także momenty, podczas których „walił w nas jak w kaczy kuper”. Jak to rozumieć? Normalnie. Nie przepuścił żadnej okazji, w której były przesłanki, by rządzącym wykazywać słabości ich projektów lub po prostu obnażać brak jurydycznej precyzji. Starał się być neutralny jako przewodniczący „frontowej komisji”, ale, jak to bywa na froncie, trzeba opowiedzieć się po którejś ze stron i od tego też nie był wolny. Mimo wszystko to była dobra szkoła parlamentaryzmu. Dziękuję. Poseł Andrzej Maciejewski ma inną dynamikę, jest szybszy, nie lubi wodolejstwa i rozwlekania tematów. Jego prowadzenie miało zatem inną charakterystykę. Ani gorszą, ani lepszą, po prostu inną. I bardziej odpowiadającą mojej naturze: „konkret koledzy, konkret!”.

(M.W.): Podczas tej kadencji parlamentu zauważyć można spory wzrost liczby młodzieżowych rad w gminie. Ustawa o samorządzie gminnym daje zresztą specjalne uprawnienie radzie gminy do powołania młodzieżowej rady. Podobne regulacje nie występują jednak w ustawach o samorządzie powiatowym oraz wojewódzkim. Czy należy to zmienić? A może już podejmowane są działania w tej sprawie? Istnieją przecież młodzieżowe rady powiatu czy sejmiki.

(J.K.): Oczywiście, że tak. Wzrost jest wynikiem naszej wspólnej pracy. Dziękuję. Gdyby nie Piotrek Nowak, Mateusz Czerniga, Miłosz Gibas, Michał Tokarski, oj jeszcze Tomek Klemt, Adam Jaczewski, Tomek Racławski, Tomek Palmi, Kacper Szymczak… oj, kurde, ile tych wspaniałych osób było; i to wspominam tylko tych z samego początku kadencji. Po nich przyszło znów nowe pokolenie, wspaniali ludzi, choćby Bartek Dąbrowa, Piotr Wasilewski, Edgar Kobos, Ola Sawa itd. Pracowaliśmy nad dwiema ważnymi kwestiami: art. 5b w ustawie o samorządzie gminnym (robota PROM-u; doskonała, merytoryczna, sumienna;  zostaje do zrealizowania w kolejnej kadencji) i inicjatywą ustawodawczą dotyczącą Rady Młodzieży RP. Tutaj wielki dorobek zespołu Racławski&Janczewski. Z innym punktem widzenia i usytuowania w strukturach relacji rządowych przyjęta jako Rada Dialogu z Młodym Pokoleniem. Niedoskonała choćby przez fakt, że wcześniej nie zrobiliśmy tego, co proklamował PROM. Zakładam, że przyszła kadencja będzie najpierw robiła art. 5b, a później nowelę do Rady Dialogu, by wprowadzić tam zapisy choćby o młodzieżowych sejmikach czy radach powiatu.

(M.W.): Czy istnienie tej rady nie będzie kolidować z działającą od kilku lat Radą Dzieci i Młodzieży RP przy Ministrze Edukacji Narodowej? Może jedna powinna ustąpić drugiej?

(J.K.): Nie ma potrzeby likwidowania RDiM-u, gdyż zarówno zakres jej działalności, jak i tematy, jakie podejmuje, są delegowane do kwestii edukacyjno-przedstawicielskich młodzieży skoncentrowanych na odpowiedzialności MEN. Rada Dialogu nie tylko z czysto formalnego kryterium jest „podczepiona” wyżej, ale i jej przedmiot działań obejmuje całościowo spektrum spraw związanych z polityką młodzieżową państwa, a to wielka różnica. Zatem RDiM spokojnie znajdzie swoje miejsce w Radzie Dialogu, gdyż ich zakresy w tematyce edukacyjnej są zbliżone.

(M.W.): Kończy się rekrutacja do IV kadencji Rady Dzieci i Młodzieży. Pan poseł na posiedzeniach III kadencji był obecny. Co może pan na temat Rady powiedzieć? Jak jej członkowie pracowali? Czy warto do niej kandydować?

(J.K.): Warto, gdyż jest ciekawą trampoliną do świata „wielkiej polityki”. Daje poczucie i jest realnym wpływem na sprawy związane z młodzieżą szkolną, sprawami edukacji, szkół. Od samej młodzieży skupionej w tej Radzie zależy, jakie tematy podejmie. Im bliższe problemom uczniów, tym lepiej. Niekiedy obijała się o kwestie nadmiernie polityzujące jej działalność, ale wiecie doskonale, że kwestia wychowania i edukacji jest po prostu bardzo polityczna. I to jest debata, jaką warto, by podjęła nowa Rada na początku swojej kadencji. Musi zrozumieć, że będzie na celowniku każdej ze stron sceny politycznej. Jedni i drudzy będą chcieli mieć ją po swojej stronie. A wy, młodzi członkowie tego gremium musicie sami odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcecie być narzędziem w ręku kogoś, komu jesteście potrzebni instrumentalnie, czy nie. Zatem o tym, gdzie będzie granica waszej autonomii, zawsze decydujecie sami i musicie o nią dbać, chronić ją.

(M.W.): Wielu czytelników pamięta, jak Rada Dzieci i Młodzieży I kadencji złożyła na pana ręce projekt ustawy powołującej młodzieżową radę na szczeblu krajowym jako osobny organ, a nie np. doradzający premierowi Glińskiemu czy ministrowi Piontkowskiemu. Co stało się z tym projektem? Jeśli dobrze pamiętam, nigdy nie został wniesiony do laski marszałkowskiej.

(J.K.): W działalności politycznej należy uwzględniać także konieczność osiągania tego, co jest możliwe, a nie tylko tego, co wymarzone… W tym przypadku nasza nadzieja na samodzielny byt – Radę Młodzieży RP została ograniczona siłą sprawczą naszego zespołu parlamentarnego. Okazała się za słaba, by osiągnąć maksimum naszych oczekiwań, lecz wystarczająca, by mieć wpływ na inną formułę ciała przedstawicielskiego i doradczego w polityce młodzieżowej, jaką jest Rada Dialogu. Czy smucę się z tego powodu? Nie. Jestem realistą. Na tyle było nas stać w sensie siły sprawczej na teraz.

(M.W.): Czy w następnej kadencji młodzież również może liczyć na powołanie Parlamentarnego Zespołu ds. Wspierania Młodzieżowych Rad przy Jednostkach Samorządu Terytorialnego?

(J.K.): Mikołaju, nie wiem, wyrocznią nie jestem, ufam, że tak…

(M.W.): Dziękuję, panie pośle.

(J.K.): Dziękuję bardzo.

Autor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *