Strona główna > Aktualności > Publicystyka > Weekendowa prasa

Weekendowa prasa

Czas czytania: 3 minuty

Wiele rzeczy ludzkości nie wyszło. Z pewnością jednak do nich zaliczyć weekendowych wydań gazet. Nie wiem dlaczego, ale nie dość, że zawierają dużo wartościowej i wciągającej treści, to jeszcze mają swój specyficzny – w dobrym tego słowa znaczeniu – urok. I to zarówno “Plus Minus” (“Rzeczpospolita”) jak i “Wolna Sobota” (“Gazeta Wyborcza”).

Ta pierwsza najmocniej kojarzy mi się z styczniem tego feralnego roku, w którym przyszło nam żyć. Na początku tegoż stycznia jechałem na swój pierwszy – mam nieodparte wrażenie, że ostatni – obóz narciarski w liceum. W pierwszej wersji w ogóle miało mnie tam nie być, bo już w zaplanowana była wymiana polsko-niemiecka w maju, toteż nie chciałem nadmiernie obciążać domowego budżetu. Mama jednak namówiła, zapewniła, że wszystko gra. No to pojechałem. Jednym słowem: nie żałuję, to była jeden z najlepszych wyjazdów w życiu.

W drodze do Białki, która była celem podróży, coś trzeba było czytać. Zatrzymawszy się więc na słusznej i propolskiej stacji Orlen, poszedłem w najciekawsze miejsce, czyli do półek z prasą. Z racji miejsca tankowania niespecjalnie miałem wybór, zakładając, że chce czytać gazetę, w której pracują dziennikarze, a nie – jak to ostatnio subtelnie ujął Paweł Smoleński – żałosne pismaki. Padło zatem na “Plus Minus”. Nie będę teraz udawał, że wiele z tego numeru pamiętam, natomiast jakieś urywki w głowie mam.

Jednym z moich towarzyszy podróży był kolega sympatyk Konfederacji, z którym – nawiasem mówiąc – nieźle się dogaduję. Ostatnimi czasy nie jest to chyba takie oczywiście. A w tam był wywiad z Krzysztofem Bosakiem, wówczas kandydatem tej formacji na prezydenta. Kolega – wiedząc, że z tym panem, delikatnie rzecz ujmując, mi nie po drodze – powiedział: “Przeczytaj i powiedz, co sądzisz.” Owszem, przeczytałem, acz co powiedziałem – nie pamiętam. Wiem za to, że drugi obraz, jaki mi w głowie pozostał, to felieton Roberta Mazurka, który zawsze ukazuje się na ostatniej stronie. Naprawdę go cenię. Jest jednym z dwóch dziennikarzy w Polsce – przynajmniej tak wynika z moich obserwacji – którego przemyślenia czasem są naprawdę interesujące, a czasem zahaczają o wujkowe żarty z urodzin bratanka. Drugim takim przypadkiem jest Jan Wróbel z Radia TOK FM. Ale jeszcze raz, żeby nie było – obu szczerze lubię i chętnie czytam/słucham.

Weekendowa “Wyborcza” przypomina mi o wakacjach 2019 roku. To było jeszcze w świecie bez maseczek, dezynfekcji i zdalnej nauki. Tak, nie wiem czy pamiętacie, ale tak kiedyś było (będzie?). W połowie tychże dość niespodziewanie wybraliśmy się z rodziną do znajomych do Szwecji. Samolotem, który startował w okolicach 6:00 rano, toteż wyjazd z domu był o 2:30 w nocy. Czy w nocy, to stwierdzenie względne, bo znam osoby, które o tej porze dopiero planują położenie się spać. To były wakacje pomiędzy ósmą podstawówki, a pierwszą liceum, więc dopiero poznawaliśmy się z nowymi znajomymi (w tym z kolegą konfederatą). Pamiętam, jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że 2:30 to dla nich wcale nie jest noc. Gdy zakładaliśmy grupę klasową na Messengerze, co stało się niezwłocznie po ogłoszeniu listy zakwalifikowanych, irytowały mnie powiadomienia, które przychodziły o takich porach właśnie. Toteż ja chytry wpadłem na genialny pomysł, żeby tej nocy, której będziemy w drodze na lotnisko, też zacząć pisać na tejże grupie. A co, niech mają!

Wszystko fajnie, tylko że po 30 sekundach zaczęli odpisywać… Gdy już na lotnisko w Gdańsku dojechaliśmy i – odprawiwszy się przez Internet – mieliśmy czas dla siebie, to wyjąłem mój “Magazyn Świąteczny” (tak wówczas nazywała się weekendowa “Gazeta”) i przeczytałem kilka tekstów. Jakich? Zabijcie mnie, nie wiem. Pamiętam za to, że już w samym samolocie – z genialną muzyką Coldplay’a w słuchawkach – zaczytywałem się w wywiad z Jurkiem Owsiakiem. Zbulwersowało mnie, ile pozwów od ludzi PiS-u dostaje ten zacny człowiek. Jak w ogóle można tak robić? Przecież On robi tyle dobrego! Po tym ponad roku nienawiść rządzących do Owsiaka jest rzeczą, która najmniej mnie dziwi…
Tak czy inaczej – miłej lektury!