Strona główna > Aktualności > Publicystyka > Szklane ściany

Szklane ściany

Czas czytania: 5 minuty

W szkle jest pewna tajemnicza głębia, którą się zachwycamy. Podziw budzą wzory szkła weneckiego, czy wszelkie szklane kryształy. Stąd też utrwalone jest w języku wiele metafor. Gdy o szkle mowa, nie sposób nie wspomnieć o szklanym suficie. Prawie każdy z nas słyszał definicję tego pojęcia – dyskryminowanie jakiejś grupy społecznej przy rekrutacji i płacach na najwyższych stanowiskach. Ze szklanym sufitem jest bardzo poważny problem – trudno go zauważyć, gdy nie jest się samemu dyskryminowanym w ten sposób. To chyba problem każdej dyskryminacji – jest niewidoczna. Szklany sufit, podłoga i ściana – można przez nie obserwować świat po drugiej stronie, ale gdy spróbujemy przejść przez tę tajemniczą barierę, może nas spotkać nieciekawa niespodzianka.

Obok szklanego sufitu coraz częściej mówi się o szklanej podłodze. To zbiór zjawisk utrudniających lub uniemożliwiających wyjście z biedy czy kryzysu bezdomności. Istnieje też podobne zjawisko – lepka podłoga: problem w osiągnięciu awansu i brak perspektyw rozwoju w pewnych zawodach, zwykle związanych z wykonywaniem fizycznej pracy (np. kasjer, krawiec, szewc). W obu przypadkach próba wyjścia z tej pułapki wymaga zmiany praktycznie wszystkiego. Oczywiście państwo może zapewnić wsparcie finansowe, kursy zawodowe w celu przebranżowienia, ale czy osoby, których problem dotyka, są gotowe podjąć się wyzwania zmiany swojego życia, przyzwyczajeń o 180 stopni?   

Za jedną z ciekawszych szklanych metafor można uznać „bycie pod szkłem”. To wyrażenie nie jest równoznaczne z „wziąć kogoś pod swoje skrzydła”, chociaż ich znaczenia są podobne. W przypadku drugiej metafory mówimy o aktywnym wspieraniu kogoś, a w pierwszej o ochronie i protekcji. Tylko czy ktoś pod szkłem, pod czyjąś protekcją nie czuje się zniewolony?  Idiom ten występuje też jako „wychować kogoś pod szkłem” – chronić, dbać, rozpieszczać. Z tym, jak wiadomo, wiąże się też to, że tak wychowywana osoba nie zna „normalnego” życia.

Metafora bycia pod szkłem, niezależnie czy mówimy o wychowaniu, czy o ogólnej protekcji, jest bardzo wymowna. Będąc w szklanej bańce, można obserwować otoczenie, ale tylko jego fragment. Bez szans na ucieczkę za horyzont, bez perspektyw. Za to z zewnątrz osoba „pod szkłem” wydaje się być, niczym zwierzę cyrkowe, zamknięte w klatce. Jest eksponatem, zabawką. Gdy uzna się, że ktoś jest „za szkłem”, bo jest inny, żyje inaczej niż my, to stereotypy, uprzedzenia i szyderstwo przychodzą same. Brzmi jak banał, ale skoro mamy wyjść dalej, to od podstaw trzeba zacząć.

W dyskusji o różnych przeszkodach i barierach największym problemem jest to, że trudno je dostrzec, w prosty sposób kwalifikować, osądzić i na końcu systemowo rozwiązać problem. Gdyby to było takie łatwe, jak się to mówi, to dyskryminacja by już dawno nie istniała. Zwłaszcza że większości tego problemu nie da się ubrać w sztywne kryteria. Dla jednej osoby żarty związane ze stereotypami będą dotkliwe, a dla kogoś innego ta granica będzie postawiona w zupełnie innym miejscu. Jednak dyskryminacja niejedno ma imię, nie musi dotyczyć przecież tzw. grup dyskryminowanych. Jeżeli natrafimy na siedlisko patologicznych prześladowców, możemy być dyskryminowani za pisanie lewą lub prawą ręką, a nawet za mieszanie łyżeczką zgodnie lub przeciwnie do kierunku wskazówek zegara…

Chociaż ten ostatni przykład może przyprawić o uśmiech na twarzy, nie powiedziałbym, że nie może być przedmiotem analizy. Spróbujmy się zatrzymać i odpowiedzieć na pytanie:

Czym różni się dyskryminacja ze względu na kierunek mieszania łyżeczką od dyskryminacji ze względu na płeć, wiek, charakter, orientację seksualną, rodzinę?

Różni się jedynie tym, że kierunek mieszania łyżeczką możemy zmienić, a wieku, płci czy orientacji seksualnej nie. Więc to dyskryminacja ze względu na te kwestie powinna być najbardziej absurdalna. Natomiast jeżeli ktoś chce mnie dyskryminować za to, że mieszam łyżeczką w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara  – proszę bardzo! Będę miał z czego się pośmiać. Bo każda dyskryminacja jest prymitywna, żenująca, obrzydliwa – ale szczególnie ta motywowana tym, czego nie możemy zmienić.

Nie mam słów na kogoś, kto dyskryminuje (także w zwyczajnych relacjach, nie tylko w pracy czy w odniesieniu do stanowisk) drugą osobę. Jednak wykluczenie przez poglądy polityczne, czy ogólnie światopogląd, a także religię jest tak samo toksyczne – to część naszej moralności; dyskryminacja ze względu na te czynniki to bezpośredni atak wymierzony w naszą tożsamość. Bardzo lubię przyrównywać to do systemu totalitarnego. Typowa opresja, której nie można się pozbyć – to jedna wielka szklana ściana. Bariera, której przebić się nie da, a jednocześnie widać absurdalność zastanej sytuacji. Dostrzec to można tylko wtedy, gdy przyjrzymy się dobrze – totalitaryzmy tworzą i czyszczą szklane ściany tak, żeby wydawało się, że ich nie ma. Robią to przez propagandę, fałszerstwa i represje. Dyskryminacja to taki system totalitarny, który obejmuje obszar jakiejś grupy społecznej.

Szczególnie warto zwrócić uwagę na te małe, codzienne dyskryminacje, oparte na stereotypach, jakiejś niechęci czy wstręcie. Uprzedzając pytania – tak, zdaję sobie sprawę, jak tworzą się stereotypy i jakie pełnią funkcje w naszym podświadomym myśleniu. Wiem, że wstręt czy nasze reakcje są często uwarunkowane przez intuicyjne, nieświadome reakcje. Tylko, że my musimy patrzeć poza czubek własnego nosa! Inaczej nie da się zbudować społeczeństwa, ba, nawet zwyczajnych koleżeńskich relacji.

Tylko co z charakterem czy usposobieniem. To trudne. Gdy ktoś nas denerwuje czy wzbudza wstręt swoim zachowaniem, to raczej nie będziemy skłonni, aby go awansować czy po prostu z nim współpracować lub budować koleżeńską relację.

To opowieść, która jednak powtarza się zbyt często. Każdy z nas zapewne widział taką sytuację: ktoś z naszej klasy, rocznika, kierunku zachowuje się nieco inaczej. Prawdopodobnie ta osoba ma także światopogląd, który z naszej perspektywy zdaje się być bardziej kosmiczny niż ziemski. Nie jest to jednak konieczne. Osoba, która zawsze pędzi, zawsze się spieszy, lecz nigdy nie wiadomo dokąd. Nie ma okazji, żeby zamienić z nią więcej niż parę słów czy tym bardziej iść na kawę. Zresztą my raczej też nie jesteśmy chętni wyjść do tej osoby z inicjatywą.

To tworzy błędne koło wzajemnego dystansu. Gdy ten dystans nasili się wystarczająco, pojawi się niechęć. Niechęć wobec tego „innego” czy „obcego”. Zastanawiam się, co musi czuć taka osoba, która trochę przez swoją „specyficzność”, często następującą nie z jej winy, separuje się i jest separowana od reszty. Ostracyzm to paskudna forma dyskryminacji – to właśnie szklane ściany, a my szklane ściany bardzo lubimy. Nie bez powodu mówi się o „kulturze wykluczenia”.

Przez szklaną ścianę w wieżowcu czy przez duże okno lubimy spoglądać na świat, na naturę, by choć na chwilę oderwać się od codziennych obowiązków. Jest to możliwe o ile pazerny deweloper, za zgodą niegrzeszącego inteligencją urbanisty,  nie wybudował tuż za naszym oknem wielkiego bloku.

W ramach krótkiej dygresji można przywołać piosenkę Martyny Jakubowicz „W domach z betonu”.

Więc jeżeli pozostanie po drugiej stronie naszego okna, chociaż mały kawałek zieleni, możemy na chwilę oderwać się od codzienności. Tak wpatrzeni w kawałek natury, patrząc na sypiące płatki śniegu… Oczywiście płatki śniegu trzeba dodać komputerowo lub dostrzec je oczami wyobraźni, bo przez ocieplenie klimatu, śniegu na nizinach raczej nie zobaczymy. Cały czas oddziela nas od mrozu szyba, teraz ważna, istotna.

Szklane ściany pozostawmy wyłącznie w sferze budowania budynków, a już na pewno nie stawiajmy ich w naszych relacjach. Ze szklanych sufitów, szklanych podłóg i szklanych ścian moglibyśmy zbudować „szklane domy”, ale niestety mamy to wszystko  z osobna: niesprawiedliwe traktowanie, wyzysk, dyskryminację.