Czas czytania: 9 min.

bałamutny

  1. «wprowadzający w błąd»
  2. daw. «zalotny, uwodzicielski»

Ostatnio słyszałem, że storytelling w tekstach publicystycznych to potęga. Dlatego – let me tell you a story. Wyobraźcie sobie taką sytuację: macie 9 lat, jesteście z mamą w osiedlowym markecie i bardzo chcecie kupić sobie paczkę czekoladowych Michałków. Marzycie wprost o czekoladowych Michałkach, takim najszczerszym, ujmująco prostym, dziecięcym pragnieniem. Troskliwa mama odpowiada jednak, że mowy nie ma, bo od czekolady zęby się psują i wychodzą pryszcze, wszystko to jest niedobre, chemiczne i za drogie, a poza tym nie zasłużyliście, bo za te ostatnią dwóję z przyrki powinniście dostać szlaban na słodycze. A już tak w ogóle to mamy lepszy deser w domu. A, no i jak będziesz dorosły to sobie będziesz kupował co będziesz chciał.

Tak oto marzenia o Michałkach wzięły w łeb. Przykra sprawa. Ale do czasu. Bo w końcu jednak osiągacie tę mityczną dorosłość, zaczynacie coś tam na siebie zarabiać i pełni satysfakcji, z pierwszą uczciwie zapracowaną wypłatą w portfelu, śpieszycie do sklepu uroczyście kupić sobie cały wór czekoladowych Michałków. Jakie jest wasze zdziwienie, gdy w markecie nieoczekiwanie znów spotykacie swoją mamę, która z uśmiechem na ustach oznajmia Wam, że cukier (przeciwnie do tego co twierdził Wańkowicz) wcale nie krzepi i właśnie dlatego za swoje słodycze zapłacicie sobie tak z połowę więcej, bo trzeba tutaj zadbać o wasze zdrowie.

Waszą mamą w tej historii jest oczywiście polski rząd. A troską o Wasze zdrowie – najnowszy podatek cukrowy. Nie dajcie się jednak zwieść – cała ta opowieść jest bowiem tak naprawdę bałamutna i demagogiczna. Ale nie szkodzi. Ja przynajmniej się z tym nie kryję. A inni (!!! uwaga whataboutism !!!) mówiący o podatkach już tak. To ostatnio bardzo w modzie.

Zacznijmy jednak od początku. Podatki, daniny, opłaty czy składki – jakkolwiek ich nie nazywać – w mniejszym bądź większym wymiarze są potrzebne w każdym cywilizowanym i zdrowo funkcjonującym państwie. Większość (!!! uwaga – społeczny dowód słuszności i argument ad vanitatem !!!) rozsądnych obywateli – takich jak Wy drodzy czytelnicy – z bólem serca, ale się z tym zgodzi. Bulwersowanie się na podatki jest przy tym oczywiście zrozumiałe – wszak nikt nie lubi, gdy zabiera mu się z kieszeni ciężko zapracowane pieniądze. Złość obywateli trzeba by więc jakoś zmyślnie ugłaskać. Jak? Narracja. Historia. Opowieść. Mówi to Panu coś, Panie Ferdku?

Naszym rządzącym i innym lobbystom chyba coś mówi, więc skoro tak to festiwal zręcznego usprawiedliwiania nowych podatków uważam za otwarty. Pierwszy kamieniem rzucę ja. W ubiegłym roku ledwo co przełknąłem narrację podatku cukrowego, mówiącą, że Cola za 10 zł to dla naszego dobra, zdrowia, szczęścia, pomyślności, powabu i urody. W końcu (!!! uwaga ironia !!!) któż nie chciałby słuchać tak wspaniałych życzeń. A nuż się spełnią.  

Niestety później przyszedł pomysł podatku od reklam. Pamiętacie go jeszcze? Była to sobie danina zakładająca odprowadzanie przez koncerny medialne od 5 do 15% przychodów z reklam na rzecz między innymi NFZ, czy Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków. Historie o bohaterskim zabieraniu bogatym gigantom ich brudnych pieniędzy i przekazywaniu ich na służbę zdrowia czy zabytki były o tyle wzruszające, o ile szybko się skończyły. Bo projekt podatku reklamowego po wywołaniu gigantycznej burzy w społeczeństwie, prędziutko powędrował do sejmowej zamrażarki, gdzie czeka na lepszy czas. A gdy już ten czas nadejdzie wtedy to (!!! uwaga sarkazm !!!) powróci w glorii i chwale, przywracając Polakom godność i karząc chciwe zagraniczne koncerny, bełkoczące coś tam pod nosem o jakimś pluralizmie mediów, czy innych bałamutnych lewackich wymysłach.

Mnie jednak w podatku od reklam paradoksalnie zawsze najbardziej intrygował szczegół, o którym dla odmiany niemal się nie mówiło. Czarna perła demagogii. Święty Graal populizmu. Kamień filozoficzny matczynej nadopiekuńczości. Otóż jak pięknie powiedziała posłanka Joanna Lichocka (!!! uwaga argument ad personam !!!) – czyli ta pani od drapania się pod okiem – w projekcie ustawy znalazł się zapis o reklamach tzw. „towarów kwalifikowanych”. Czym są takie towary, zapytacie. Otóż zadaniem pani posłanki (!!! uwaga wyrwanie z kontekstu !!!) są to po prostu produkty, które są Polakom kompletnie do niczego niepotrzebne. A w związku z tym, że są niepotrzebne to i ich reklamy będą kosztować więcej. Ponieważ jak twierdzi Pani poseł: stawka 15% na tzw. reklamę kwalifikowaną, będzie nakładana wyłącznie na te produkty, które są związane z przemysłem farmaceutycznym – parafarmaceutyki, suplementy diety. Te wszystkie reklamy, które słyszymy w radiu i telewizji, dotyczące produktów na zespół niespokojnych nóg, albo na suchość w ustach, albo na mnóstwo różnych, proponujące Polakom na te wymyślone schorzenia, które są tak naprawdę kompletnie Polakom do niczego nie potrzebne. I na tę specyficzną dosyć reklamę ta ustawa będzie nakładać 15% dla największych firm medialnych.

Bingo. A więc mamy to. Oto matczyna czułość i opiekuńczość w swoim ultymatywnym kształcie. Rodzicielska troska mówiąca biednym, niemądrym obywatelom co mają dla swojego dobra kupować, a co nie, jakie schorzenie jest wymyślone, a jaka potrzeba urojona. Wszakże to rząd (!!! uwaga argument ad populum !!!) najlepiej wie czego potrzebujemy, więc zdecyduje za nas, odbierając nam wolność i wybór.

Z bałamutnego, kronikarskiego obowiązku dodam tylko, że oprócz suplementów diety i parafarmaceutyków towarami kwalifikowanymi byłyby także słodycze oraz wyroby medyczne. Bo czemu nie. A już skoro tak – po co się hamować? Być może w następnej kolejności (!!! uwaga równia pochyła !!!) powinniśmy zwiększyć również podatek na reklamy gier komputerowych, bo przecież te niszczą wzrok, pochłaniają wolny czas, uzależniają i powodują agresję. Po co one Polakom? Tak samo reklamy markowej odzieży – niepotrzebnej, bo równie dobre ciuchy można kupić trzy razy taniej na lokalnym bazarze, a nie jakieś tam fifa-rafa Conversy, czy inne Calviny Kleiny. Idąc tym tropem w ogóle reklamy wszystkiego co markowe powinny być droższe, bo (!!! uwaga odwołanie do autorytetów !!!) jak pisała Naomi Klein w NO LOGO – marka to tak naprawdę jedynie abstrakcyjny twór, z pomocą którego firmy starają się jak najdrożej sprzedawać swoje produkty. Do tego zgodnie z myślą francuskiego filozofa Jean’a Baudrillarda współczesne marki możemy uznać wręcz za „symulakry” – wydumane niematerialne konstrukty, znaki istniejące jedynie w świadomości ludzi, bez żadnego odniesienia do rzeczywistości. Cały marketing to przecież ostatecznie nic innego jak wymyślane na biznesowy użytek „fałszywe potrzeby” o których pisał niegdyś wybitny badacz kultury masowej Herbert Marcuse. Może warto więc (!!! uwaga znów równia pochyła !!!) już tak dla pewności, profilaktycznie zamknąć od razu całą branżę reklamową, która bezczelnie bałamuci ludzi, wciskając im niepotrzebne rzeczy po zawyżonej cenie.

Całe szczęście, że kapitan państwo czuwa. A to jeszcze nie koniec, bo do walki przeciwko szalejącemu konsumpcjonizmowi wkracza jeszcze jeden mocarny zawodnik. Opłata reprograficzna. Wbrew pozorom nie jest to sprawa nowa, bo (!!! uwaga oślepianie nauką !!!) twór taki w polskim prawie już istnieje i jest on związany z pobieraniem opłat w wysokości 3% ceny sprzedaży od urządzeń mogących służyć do kopiowania oraz zapisywania utworów. Są to na przykład magnetowidy, kasety VHS, kasety magnetofonowe, kserokopiarki, czy zwykły papier do ksero. Opłata reprograficzna jest związana z instytucją „dozwolonego użytku prywatnego”, dzięki któremu mamy prawo legalnie skopiować na własny użytek dowolną książkę, film czy muzykę. Autorzy tych dzieł w ramach opłaty reprograficznej otrzymują więc swoistą rekompensatę za straty jakie ponieśli w wyniku kopiowania ich utworów. Ostatnimi czasy artyści stwierdzili jednak, że rekompensata ta jest niewystarczająca – nie obejmuje bowiem nowszych technologicznie urządzeń takich jak telewizory, pendrive’y, czytniki e-booków, komputery, tablety i „urządzenia do nich podobne”, a więc najprawdopodobniej również smartfony. Najnowsza „afera reprograficzna” tyczy się więc rozszerzenia opłaty na inne urządzenia, dzięki czemu ich cena może podskoczyć o dobre kilkadziesiąt złotych. A za to wszystko – jak alarmują organizacje konsumenckie – zapłacą oczywiście zwykli obywatele, bo firmy elektroniczne, w które ma uderzać podatek, dodatkowe koszty skrzętnie wkalkulują sobie w cenę towarów.

Dochodzi wiec do sytuacji, w której osoba kupująca komputer wyłącznie do pracy w Excelu, lub grania w gry, zmuszona będzie dorzucić do niego dodatkowe 200, czy 300 złotych, tylko dlatego, że na tym komputerze POTENCJALNIE mogłaby zacząć kopiować jakieś utwory. Podobnie sprawa ma się ze smartfonami, na których nie mamy zamiaru niczego kopiować, a jedynie oglądać Netflixa, czy słuchać muzyki na Spotify. Pomysłodawców nowej opłaty to jednak nie obchodzi. Jak tłumaczy scenarzystka Ilona Łepkowska, wszystko to argumenty bałamutne, bo prawda jest taka, że nie cała muzyka, którą odtwarza się smartfonami, jest z płatnych platform streamingowych. Może być tak, że mamy tam wgrane jakieś utwory i odtwarzamy je po wielokroć, a z tego już nikt nic nie ma. A za każde odtworzenie artyści dostają tantiemy, tak stanowi prawo autorskie. W związku z tym jest olbrzymia część odtworzeń poza kontrolą. A więc jednym słowem – w opłacie reprograficznej nie istnieje żadne „domniemanie niewinności”. Każdy z góry traktowany jest jak potencjalny złodziej, bez opamiętania kopiujący niezliczone ilości plików i pozbawiający przymierających głodem artystów środków do życia. Równie dobrze (!!! uwaga argument ad absurdum !!!) być może powinniśmy płacić także podatek od oczu, bo przecież POTENCJALNIE również możemy zarejestrować nimi treści objęte prawem autorskim. Kupując utensylia kuchenne i ubrania płaćmy również od razu, liczony z góry podatek od zbrodni, bo POTENCJALNIE nożem do chleba możemy kogoś pokroić, a markowym szalikiem z Zary udusić. Nie ma wszak nad tym żadnej kontroli. Dlatego podatek rozgrzeszający nas zawczasu ze wszystkich czynów jest tutaj niezbędny i konieczny.

Aha, i jeszcze jedno. Nie „podatek”, a „opłata”, gdyż jak twierdzi pani Łepkowska: nazywanie tego podatkiem jest przydawaniem temu pewnej niezbyt ładnej cechy, że jest to jakaś dodatkowa danina. Czyli (!!! uwaga trywializacja !!!) podatek po prostu źle się kojarzy, więc lepiej tak nie mówić, bo się ludzie wkurzą. Tak tłumaczy pani Ilona Łepkowska. Podobnie tłumaczy również minister kultury Piotr Gliński, mówiąc, że opłata reprograficzna nie jest podatkiem, ponieważ podatki zasilają budżet państwa, opłata to zaś rekompensata dla twórców za nieodpłatne korzystanie z ich pracy, którą rządzący nie będą mogli swobodnie dysponować. Rzeczywiście, obywatele na pewno będą niezwykle pocieszeni faktem, że nie muszą płacić jakiegoś tam ordynarnego (tfu) podatku dla plebsu. Miast tego – niczym oświeceni mecenasi sztuk nowożytnych – będą za to dotować artystów wspaniałomyślną i wysublimowaną (mniam) opłatą. A gdyby odpowiednie nazewnictwo jakimś cudem nie poprawiło jednak humoru rozkapryszonego i niewdzięcznego narodu, na całe szczęście narracja wokół OPŁATY reprograficznej ma w pogotowiu jeszcze asa w rękawie.  

Bo tak, dobrze myślicie. To także DLA WASZEGO DOBRA. Oplata reprograficzna, podobnie jak cukrowa nie jest bowiem związana z tym, że państwo jest zachłanne. Co to to nie. Opłata ta jest po to (!!! uwaga sofizmat rozszerzenia/atakowanie chochoła !!!), by chronić nas przed rozpasanym konsumpcjonizmem. No bo są tacy ludzie – jak określa pani Łepkowska – o tendencjach chorobliwych, którzy zmieniają smartfony jak tylko pojawi się nowy model, produkując przy tym masę niepotrzebnej elektroniki, którą się potem wyrzuca do śmieci. Zapłacenie większej kwoty za nowy telefon to nie jest więc – wciąż słowa pani Ilony – jakaś danina, nad którą należy płakać i lamentować. To po prostu próba uratowania środowiska naturalnego oraz nas wszystkich przed patologiczną konsumpcją, która pochłonie nas i pożre nasze dusze. Wszak jak mówi pani Łepkowska: tego typu opłaty są związane z pewnym wyższym celem społecznym. A wyższych celów społecznych kwestionować nie wolno. I nie wypada. Dlatego podsumowując już ten przydługi i wyjątkowo bałamutny wywód, powiem jedynie tyle: narrację wokół opłaty reprograficznej i innych danin podobnych (nie podatków) uważam za (!!! uwaga obelżywa analogia !!!) wspaniałą, przemyślaną i ambitną – jak wybory kopertowe, które się nie odbyły. Amen.

PS: A wiecie czemu nieustannie nazywam swój tekst (!!! uwaga powtórzenie !!!) „bałamutnym”? Liczę na wywoływany u odbiorców przez przekorę, bumerangowy efekt odwrotny.

A skąd te metajęzykowe wtręty z trzema wykrzyknikami, ostrzegające o zastosowanych zabiegach retorycznych? Nazwanie zawczasu potencjalnego kontrargumentu (tutaj zarzutu o manipulacji) chroni przed wytknięciem go przez oponenta.

No, to skoro już to wszystko wiecie – śmiało możecie mi nie ufać. Wszystko to było bowiem tylko starannie zaplanowaną, manipulacyjną, bałamutną demagogią. I sam się do tego przyznałem. (!!! uwaga pytanie retoryczne !!!) Czyż nie?  

Łukasz Trzaska – Stowarzyszenie Demokracja w Praktyce

Autor