Strona główna > Aktualności > Młodzieżówki > Spaczone wartości

Spaczone wartości

man riding bike and woman running holding flag of USA
Czas czytania: 7 minuty

Rafał Koncewicz dla Kongresów

CHWILOWA ODWILŻ

 W ostatnim czasie nadrzędnym tematem politycznym były wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. W aktualnym czasie, kiedy opadła już większość emocji należy spojrzeć na całą sprawę racjonalnie. Poddać ją krytycznej analizie, zastanowić się nad słusznością modelu wyborczego w państwie Wujka Sama. W ostatnich tygodniach media bombardowały nas informacjami o wielu komplikacjach związanych z obecnym wynikiem głosowania w Ameryce. Obecny prezydent Donald Trump stwierdził, że wybory zostały sfałszowane. Zarzuca poszczególnym komisjom nieprawidłowe wydawanie kart wyborczych. Jego sztab uznaje wynik za niezgodny z rzeczywistością i zapowiada liczne skargi do Sądu Najwyższego. Skąd wynika tak wiele trudności i problemów z obecną sytuacją w Stanach Zjednoczonych?

SYSTEM W STANACH ZJEDNOCZONYCH

Stany Zjednoczone to państwo federacyjne z klasycznym, monteskiuszowskim trójpodziałem władzy. Odgórna władza zostawia poszczególnym stanom dużą autonomię w kreowaniu polityki wewnętrznej. Rząd zajmuje się najważniejszymi kwestiami min. polityką zagraniczną czy systemem podatkowym. Na jego czele stoi prezydent, który zostaje wybierany w wyborach pośrednich na czteroletnią kadencję . Prezydent jest jednocześnie głową państwa i szefem rządu. Władzę ustawodawczą  sprawuje Kongres, składający się z dwóch izb: Izby Reprezentantów (izba niższa) i Senatu (izba wyższa). Na czele władzy sądowniczej stoi Sąd Najwyższy.

KRÓTKA HISTORIA

Stany Zjednoczone to delikatnie mówiąc dość specyficzny kraj. Większość aktualnych światowych mocarstw to państwa z pokaźną, tradycją i historią. W przypadku Ameryki jest nieco inaczej. W tym przypadku mówimy zaledwie o ponad dwustu latach państwowości.

Obecny system wybierania głowy państwa ukształtował się w 1787 na skutek uchwalonej pierwszej na świecie konstytucji. Przyczyną tak skomplikowanego procederu był brak unitaryzmu kraju. Model elektorski był kompromisem pomiędzy wybieraniem prezydenta przez członków Kongresu a faktycznym głosem ludu w postaci głosowania przez obywateli. Uznano, że powszechna forma wyboru prezydenta uniemożliwi wykluczenie i degradację słabiej zaludnionych stanów.

 Na początku VIII wieku Stany Zjednoczone miały niską pozycję na arenie międzynarodowej. W porównaniu do aktualnych czasów ich światowe znaczenie było niemal zerowe. W 1823 roku ówczesny prezydent James Monroe sformułował tzw. ,,doktrynę Monroe’a”. Kształtowała ona podstawę amerykańskiego izolacjonizmu. Zakładała niemieszanie się Stanów Zjednoczonych do polityki państw europejskich, uznając jednocześnie wszelkie próby ingerowania przez Europejczyków w amerykańskie interesy za akt wrogości i imperializmu. Zatem co uległo zmianie? Druga wojna światowa doszczętnie zniszczyła Europę. Odebrała jej dawny prestiż i znaczenie. Państwa takie jak Wielka Brytania, Francja, Niemcy utraciły od tej pory status hegemonów. Był to punkt zwrotny w historii polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Od tej pory Ameryka w pełni zaprzepaściła politykę izolacjonizmu. Stała się typowym imperialistycznym mocarstwem. Ideały, które kiedyś odrzucała stały się jej główną myślą przewodnią. Aktualnie, Stany Zjednoczone bawią się w policjanta świata. Ich działania w dużej mierze przypominają czynności nowożytnych państw kolonialnych. Organizacje jak NATO czy ONZ służą w dużej mierze do realizacji ich politycznych i militarnych celów.

PIERWSZE KROKI

W Ameryce mamy do czynienia z systemem wielopartyjnym. ale w rzeczywistości politykę kontrolują jedynie dwie partie: Demokraci i Republikanie. Ubiegać się o urząd prezydenta mogą nie tylko kandydaci z dwóch głównych partii. Jednak takie osoby mają na ogół zerowe szanse na wybicie. Pretendent na prezydenta musi spełniać 3 warunki: mieć 35 lat, urodzić się terenie USA, mieszkać w USA od 14 lat. Zanim Republikanie lub Demokraci wystawią swojego oficjalnego kandydata ubiegającego się u urząd prezydenta dochodzi do prawyborów. To pierwszy etap wyborów w wyścigu o urząd. Jest to część oficjalnej procedury wyborczej. Prawybory mogą mieć dwa scenariusze, ,,causes” lub ,,primaries ”. Obie partie same wybierają model, który zastosują. ,,Primaries” przypominają tradycyjną formę powszechnego głosowania. Wyborca udaje się do lokalu wyborczego i tajnie wskazuje swojego kandydata . ,,Causes” to zebrania wyborcze. Zarejestrowani wyborcy spotykają się z danym pretendentami. Wspólnie dyskutują, debatują a następnie jawnie wybierają swojego kandydata podczas konwencji.

WYŚCIG SZCZURÓW

Każdy miłośnik ,,House of Cards” wie, że amerykańska polityka to głównie manipulacje i sztuczność. Frank Underwood dobitnie udowodnił, że bycie politykiem oznacza bycie aktorem. Nie inaczej jest w rzeczywistości. Można się o tym szczególnie przekonać podczas w wyścigu o biały dom. Kampania w Stanach Zjednoczonych diametralnie różni się od europejskich standardów. To miesiące zagorzałej walki o głosy wyborców. Zmagania kandydatów przypominają telewizyjne show. Najważniejszą rzeczą nie jest wcale program czy zestaw poglądów pretendenta. Nadrzędna sprawa to kreacja własnej marki i wizerunku, to jak nasze oczy postrzegają kandydata. Niedbały wygląd Donalda Trumpa, jego ekstrawagancja,  kontrowersyjne wypowiedzi, sympatyczna aparycja Joe Biedna połączona z wyważoną retoryką. Nawet tak najdrobniejsze rzeczy mają znaczenie w ostatecznym rozrachunku.

 Kwintesencją amerykańskiej polityki są ekscytujące debaty. Prawdziwe, autentyczne debaty a nie nędzne symulacje jeden z dziesięciu jakie znamy z polskich, rodzimych warunków. W amerykańskim modelu dochodzi do faktycznej, koherentnej polemiki pomiędzy adwersarzami. To miejsce na pełen emocji dyskurs. Dowcipy, brawurowa wymiana zdań, merytoryczne ataki w stronę oponenta są esencją kampanii. Właśnie tak powinna wyglądać debata w wyścigu o stanowisko głowy państwa.

Autorytarny despota Napoleon Bonaparte stwierdził, że do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i pieniędzy. Te trzy czynniki idealnie odzwierciedlają charakter amerykańskiej polityki. W Stanach Zjednoczonych partie nie są finansowane z publicznych pieniędzy. Są utrzymywane na skutek ingerencji prywatnych fundatorów. Użycie publicznych funduszy jest jedynie dopuszczalne w przypadku wyborów prezydenckich. Nie jest to jednak zbyt częste zjawisko. Takie działanie wiążę  się z wieloma wyrzeczeniami i ograniczeniami. Kampania prezydencka jest zatem sponsorowana przez sektor prywatny w postaci wielkich korporacji i hegemonistycznych lobbystów. Finansowanie partii z sektora prywatnego posiada plusy dodatnie i plusy ujemne. Największą wadą jest bez wątpienia rozkwit korupcji i uzależnienie kręgu politycznego od wpływu bogatych środowisk. Głosując na danego kandydata możemy nieświadomie oddawać głos na finansową elitę, która świadomie steruje całą ustrojową machiną zza kapitałowej kurtyny.

DECYDUJĄCE STARCIE

Po zaciętych miesiącach kampanii nadchodzi dzień wyborów W pierwszy wtorek listopada dochodzi do głosowania powszechnego. Obywatele nie wybierają jednak bezpośrednio prezydenta. Głosują jedynie na elektorów, którzy formalnie wybierają prezydenta w tzw. Kolegium Elektorów. Elektorzy to wyznaczona grupa ludzi przez wszelkie stany. Każdy stan reprezentuje określoną liczbę elektorów, która jest zależna od gęstości jego populacji. Kolegium liczy 538 członków. Liczba elektorów danego stanu jest równa liczbie osób, które reprezentują dany stan w obu izbach amerykańskiego kongresu. Prezydentem zostaje kandydat, który zdobył co najmniej 270 elektorów. W prawie wszystkich stanach z wyjątkiem Nebraski i Maine(owe stany ze względu na swoją wielkość przyznają głosy proporcjonalnie. Nie jest to jednak zbyt znaczący odstęp od reguły. Suma głosów do zbycia w tych obu stanach to zaledwie 9 elektorów.) kandydat wygrywający wybory powszechne zgarnia wszystkie głosy elektorskie z danego stanu – bez względu na to, jaką większością wygrał. Przykładowo Teksas posiada 38 elektorów, w przypadku wygrania nawet minimalną ilością głosów powszechnych, poszczególny kandydat zgarnia wszystkie 38 głosów elektorskich pozostawiając oponentów z niczym.

Niektóre stany tradycyjnie głosują na jedną konkretną partię. Przewaga kandydata republikanów lub demokratów jest tam ugruntowana od wielu lat. Ich  mieszkańcy często automatycznie oddają swój głos. Nie zwracają uwagi na personę kandydata. Dokonują wyboru z przyczyn czysto ideowych. Utożsamiają się z konkretnymi wartościami i impulsywnie typują kandydata. Jest to uwarunkowane min. aglomeracją, industrializacją, tradycją, historią danych obszarów. Takie stany nazywamy pewnymi.(,,Safe States”). Stany gdzie żadna partia nie ma znaczącej przewagi określamy wahającymi( ,,Swing States”) Liczba demokratycznych i republikańskich wyborców jest tam mniej więcej taka sama. Stany wahające są najbardziej zagorzałym obszarem walki o uzanie. i głosy wyborców. To one najczęściej decydują kto wprowadzi się do białego domu. To właśnie tam dochodzi do największej ilości spotkań i wiecy.

KONKLUZJA

Amerykański system wyborczy  można opisać jedną starą maksymą: ,,Zwycięzca bierze wszystko”. Kandydat, który otrzyma większe poparcie w głosowaniu powszechnym zdobywa wszystkie głosy elektorskie w danym stanie. Po przeanalizowaniu powyższego modelu można zauważyć patologię tego systemu. Może dojść do sytuacji, w której  kandydat, który uzyskał faktyczną większość głosów przegrywa. Taki stan rzeczy mogliśmy zaobserwować choćby w 2016 roku. Kandydatka demokratów Hilary Clinton uzyskała aż o 2,8 miliona głosów więcej w skali kraju niż Donald Trump. Mimo większościowego zwycięstwa poniosła klęskę nie uzyskując 270 głosów elektorskich. Wola większości i klasyczna zasada demokracji nie jest tu respektowana. Wady systemu w Stanach Zjednoczonych zaczyna dostrzegać coraz więcej obywateli. Już w 2000 roku pojawił się projekt poprawki do amerykańskiej konstytucji zakładającego zniesienie systemu elektorskiego. Przeciwnicy aktualnego modelu twierdzą, że faworyzuje on stany z dużą ilością głosów elektorskich. Obywatele odczuwają, że ich głos nie ma dużego znaczenia. W konsekwencji prowadzi to do braku politycznego zainteresowania oraz niskiej frekwencji wyborczej. Wyjątkiem było tegoroczne głosowanie, które charakteryzowało się największym zainteresowaniem od ponad stu lat.

System wyborów w Stanach nie jest dobrym modelem jak na demokratyczne realia 21 wieku. Posiada elementy klasycznej oligarchii, w której głową państwa może zostać kandydat popierany przez mniejszość obywateli. Taka sytuacja powinna nas zmusić do głębokiej refleksji. Czy to dobrze, że przywódca światowego hegemona jest wybierany w iście spartański sposób? Wybory w Stanach Zjednoczonych to szereg emocji i niezapomnianych wrażeń. To troska o małe i słabo zaludnione stany. To realizacja dawnych wartości i zagorzałe respektowanie tradycji.

Czy powyższe czynniki to jednak dostateczny powód nad spychanie sprawiedliwości i demokracji na bok. Moim zdaniem nie. Stany Zjednoczone powinny stawiać na postęp i zmiany. Światowe mocarstwo zobowiązane jest wyznaczać pewne wartości i normy. Owe standardy powinny bazować na ideach adekwatnych do realiów 21 wieku. Uważam, że w tym przypadku stawianie na tradycję jest nieefektywnym pomysłem, które w ostatecznym rozrachunku przynosi więcej strat niż korzyści.