Sięgnąć gwiazd – Silvio Berlusconi

Choć w polityce często pojawiają się kontrowersyjne postacie, rzadko mogą pochwalić się one głośniejszymi sukcesami w parlamentarnej karierze. Zdarzają się jednak wyjątki, które samą swoją obecnością w pewnych miejscach budzą podejrzliwość, szczególnie gdy przedtem prowadziły bujne życiorysy. Nie inaczej jest w przypadku Silvio Berlusconiego, który w młodości śpiewał na statkach i czarował kobiety, a później swoich umiejętności, już jako miliarder, próbował w sądach. A jak uwodził, tak uwodzi dalej.

Źródło: Ricardo Stuckert/PR, Agência Brasil.

Na głębokiej wodzie

Silvio Berlusconi urodził się 29 września 1936 roku w Mediolanie w rodzinie robotniczej. Już sama pozycja społeczna rodziców oznaczała, że jego życie nie będzie łatwe, a gdy dodamy do tego alianckie naloty i przymusową ucieczkę ojca do Szwajcarii – po prostu kolorowo nie było. Matka zabrała dzieci na wieś, gdzie Silvio musiał pracować po szkole. Niemniej jednak wszystko się kiedyś kończy i w tym przypadku nie było inaczej. Po powrocie do Mediolanu wybrał się do szkoły prowadzonej przez salezjanów. Kształcił się tam między dwunastym a dziewiętnastym rokiem życia. To właśnie pod okiem czujnych pasterzy chrześcijan nauczył się dyscypliny, a także poznał swojego przyjaciela, Fedelego Confaloriniego, swoją późniejszą prawą rękę. Po ukończeniu szkoły, obaj udali się na studia prawnicze, a także założyli zespół, grywając w barach i klubach. Otwartość i częste szukanie kontaktu z widownią Berlusconiego zniechęciło kompana, który wyrzucił go z zespołu. Wówczas Silvio postanowił wypłynąć na głębokie wody. Dosłownie.

Berlusconi lubi być w centrum uwagi. Lubi, gdy coś się dzieje. Zatrudnił się zatem jako piosenkarz na transatlantykach, a także organizował różnego rodzaju rozrywki. Bywał przewodnikiem, choć zazwyczaj pierwszy raz w życiu oglądał to, o czym miał opowiadać. Jakiś czas spędził także w Paryżu, śpiewając w kabaretach. Lubił zmienność i płynność, nigdy nie był sztywniakiem.

Bystrzak

Zapewne to właśnie otwartość na ludzi i duża empatia ułatwiły mu niesamowity sukces w życiu. Gdy w wieku dwudziestu pięciu lat, rozpoczynał swój pierwszy biznes, nikt nie wróżył mu szybkiej kariery.

A było to tak: Berlusconi zauważył w Mediolanie piękną działkę. Samemu jednak nie miał dość funduszy, aby w nią zainwestować. Dzięki znajomościom w pewnym banku, został przedstawiony drobnemu przedsiębiorcy budowlanemu. Gdy ów mężczyzna usłyszał plan Silvia, najpierw się zaśmiał, ale gdy ten nie odpuścił, dobili targu. Wówczas ruszyła budowa pierwszych mieszkań, które miały przynieść mediolańczykowi pokaźny zysk.

Jak jest się dużym i silnym, to ma się dużo klakierów i usługiwaczy. Ale Berlusconi był jeszcze młodym chłystkiem, więc wszystko musiał robić sam. No i robił. Był ogrodnikiem, architektem, dekoratorem wnętrz, szefem, nadzorcą budowy, a co najważniejsze – sprzedawcą. Chcącemu nie dzieje się krzywda i tak też było w tym przypadku. Jego pierwsza inwestycja zakończyła się sukcesem. Nie dla niego było jednak spoczywanie na laurach.

Niedługo potem, po zebraniu kolejnych udziałowców i pomocy kontrowersyjnych szwajcarskich holdingów, powstała spółka Edilnord. Rozpoczęto kolejną wielką inwestycję deweloperską. Kosztowało go to sporo pieniędzy, które, pozostawione w urzędach, niekoniecznie trafiły do włoskiego skarbca. Na domiar złego rynek wszedł w recesję. Udziałowcy woleli się wycofać, ale Berlusconi wyprosił u nich trzy miesiące. Uderzył do jednego z funduszy emerytalnych, gdzie z trudem wybłagał pierwszą wizytę. Po początkowym sukcesie dostał szansę – zarząd funduszu miał przyjechać za trzy tygodnie. Problem tkwił w tym, że wszystkim, co do tej pory posiadał Edilnord, były plany niedokończonej budowy.

Nie można wszystkiego robić samemu. To niemożliwe, a Berlusconi wiedział to od dawna. Dlatego właśnie, gdy nadchodziły trudne momenty, był na nie gotów. Zebrał wszystkich znajomych, ciotki, wujków i piąte wody po kisielu, by zdążyć na czas. Tuje wziął od przyjaciela z ogrodu, trawę – od salezjan, a meble – z domów swoich znajomych. Czas pokazał, że było warto, bowiem zarząd był zadowolony. Najbardziej opornego swojemu projektowi Silvio przechytrzył jak lis. Udał się do jego sekretarki w Rzymie, przekabacił ją, a ta załatwiła mu bilet naprzeciwko szefa w pociągu do Lombardii. Berlusconi nie zmarnował danej mu szansy i znów zasmakował triumfu. Chwilę później poprawiła się sytuacja na rynku, na którym on powoli zaczynał wyrabiać sobie pozycję.

Sztandar postępu

Kilka lat później osiedle Milano Due, wielki projekt Silvia, okazało się strzałem w dziesiątkę. Mężczyzna otrzymał tytuł kawalera (z racji bycia kawalerem Orderu Zasługi za Pracę) i stał się sławny na cały kraj. Wciąż jednak było mu mało, więc zainteresował się lokalną telewizją. W tym czasie była ona państwowym monopolem, lecz uważny mediolańczyk szukał jakiejś luki. Kto szuka, ten w końcu znajdzie, i tak też było w tym przypadku. Gdy w jednym z piemonckich miasteczek przeforsowano autonomiczność lokalnej stacyjki, zrobiono niewielką szramę na drzwiach do utworzenia prywatnych mediów. Szramę, która zainspirowała Silvia, by za chwilę w owe drzwi wjechać taranem.

Włoska telewizja publiczna, RAI, była naprawdę kiepska. Dlaczego? Proste: nie musiała być dobra, bo miała konstytucyjnie zagwarantowany monopol. Berlusconi był jednak bystrzejszy od systemu.

Dozwolone były bowiem lokalne stacje telewizyjne o ograniczonym zasięgu. Co wymyślił Silvio? Gdy tylko jego mediolańska stacyjka odniosła sukces, zaczął skupować wszystkie prowincjonalne punkty, aż w jego posiadaniu znalazły się praktycznie całe Włochy. W przeciwieństwie do państwowej telewizji, gdzie reklamy można było emitować tylko dzięki grubym znajomościom, Berlusconi sam zabiegał o klientów. Dodatkowo zsynchronizował program wszystkich swoich stacji, tym samym omijając zakaz transmisji na żywo.

Jak można przypuszczać, nie spodobało się to władzy, wśród której pełno było nieprzychylnych biznesowi lewicowców, walczących z nim na różne sposoby. Było to jednak dość nieskuteczne, o czym niech poświadczy fakt, że przez lata osiemdziesiąte mediolańczyk praktycznie dołączył do grona miliarderów. W międzyczasie kupił on klub, którego kibicem był od najmłodszych lat – AC Milan, który szybko stał się klubem światowej klasy. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia.

Starcie tytanów

Kryzysy przychodzą zawsze i są zazwyczaj niespodziewane – w końcu, gdyby można się było ich spodziewać, to by nie powstawały. Kryzys we Włoszech nastąpił na początku lat 90. Operacja ,,czyste ręce” zmiotła wiele wpływowych osób ze świata biznesu, a także odbiła się na Berlusconim, który jednak wyszedł bez szwanku. Niemniej jednak, włoska prawica upadła, a na jej miejsce maszerowali lewicowcy już bez sierpa i młota. Sondaże dawały im ponad 40%, a Silvio, jak sam mówi, ,,musiał powstrzymać komunistów, niczym rycerz na białym koniu’’. Przygotowania rozpoczął w 1993 roku, a w następnym był już gotów stanąć do walki. Mając pod sobą medialne imperium i speców od wszystkiego, pokonał lewicę na drodze ku nowemu milenium w zaledwie 60 dni. Przynajmniej tak mu się wydawało.

Polityka to jednak śliska sprawa i każdy, kto się jej tknie, będzie miał ręce brudne od lepkiego smaru. Nawet tak potężny miliarder, jakim jest Berlusconi. Sędziowie bowiem w większości sympatyzowali z Wielkim Bratem, a kiedy go zabrakło, wzięli sprawy w swoje ręce. Intrygi wysadziły Silvio z siodła bardzo szybko, bo już pod koniec 1994 roku. Czekało go teraz siedem lat walki z sądami oraz masą oskarżeń o korupcję i oszustwa podatkowe.

Lewica trafiła jednak na twardego zawodnika, bo w 2001 roku Silvio wrócił na ring i powalił ją po raz kolejny. Tym razem utrzymał się aż do 2006 roku, kiedy to został pokonany, lecz po dwóch latach odzyskał przewagę. Wydawało mu się, że podbił politykę tak samo, jak świat biznesu. Niedoczekanie.

Każdemu trafiają się zarówno dobre, jak i pechowe dni. A jak nazywasz się Silvio Berlusconi, to masz albo szczęśliwe, albo pechowe lata. Do tych drugich można zaliczyć 2011, gdy Włochy zostały wciągnięte w międzynarodową koalicję przeciw libijskiemu dyktatorowi, z którym Mediolańczyk zdążył się już jako tako zaprzyjaźnić. Kryzys ogromnie wpłynął na zadłużenie kraju. Dodatkowo koalicja Merkel z Sarkozym prowadziła międzynarodową intrygę, która miała go ostatecznie pogrążyć. Trudno się temu dziwić, skoro nazwał ją ,,grubą pokraką”, a Sarkozy nie lubił bogatszych (i lepszych) od siebie. Doszło do tego oskarżenie o seks z nieletnią prostytutką oraz imprezy bunga-bunga. Berlusconi przegrał na całej linii.

Przełamana obrona zawsze jest dopiero początkiem. Tak też było w przypadku mediolańczyka, który, oskarżony o defraudację i oszustwa podatkowe, spotykał się z zakazem wykonywania funkcji publicznych. Z uwagi na wiek, karę skrócono do roku i polegała ona na pracach społecznych. Przegrał też sprawę o alimenty ze swoją drugą żoną. A Mediaset niemal utracił płynność po wypłaceniu prawie pół miliarda odszkodowania biznesowym przeciwnikom. Silvio rozpędzał się całe życie, by skoczyć z klifu. Niemniej jednak utrzymał się jako tako na powierzchni i, mimo wielu porażek, od 2019 roku jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego.

Makaroniarz

Silvio Berlusconi jest najbarwniejszą postacią włoskiej sceny politycznej od czasów Mussoliniego. Śmiały, ambitny i czarujący, lecz jednocześnie przecież intrygant i manipulant. Nie można mu jednak odmówić dyskrecji, bowiem wiele aspektów jest owianych tajemnicą i dość wątpliwe jest, by wyszły kiedyś na światło dziennie. Żonaty dwukrotnie, kobiet zapewne miał wiele. Taki jest właśnie jego styl – rodzinny, przyjacielski i otwarty a w polityce przebiegły, choć czasem wybuchowy. Berlusconi to typowy Włoch, ze wszystkimi ich wadami i zaletami.

Owidiusz Pankowski