Raport z oblężonego miasta

Łukasz Piłat

Źródło: Ajay kumar Singh, Pixbay.

W związku z nadmiarem wolnego czasu, a także naprzykrzającą się nieustannie nudą, chciałem spróbować swoich sił w reportażu prasowym. Niestety, zostałem zamknięty przez władzę we własnych czterech ścianach. Zmuszony więc jestem przelać na papier to, co zapamiętałem podczas jedynego, prawdopodobnie natenczas ostatniego, spokojnego spaceru. Najlepiej zrobić to w sposób ciekawy i nietuzinkowy, lecz nie wiem, czy obiekt rozważań jest na tyle elastyczny, by po wielokroć go wyginać, nie zatracając przy tym samej jego istoty.

28 marca, czyli w ostatnią sobotę tego pamiętnego miesiąca, obudził mnie blask. Sprzyjająca na spacery pogoda wręcz zmusiła mnie do opuszczenia swojej jamy – legowiska niedźwiedzia. Tak się złożyło, że od momentu zamknięcia szkół nie wychodziłem z domu na dłużej niż 20 minut. Pierwszy raz w tym roku wyszedłem w krótkim rękawku, bluzę wsadziłem do plecaka, a przez ramię przewiesiłem wiekowego FED-a (aparat dalmierzowy produkcji radzieckiej) w wersji piątej, by ruszyć w plener i zrobić kilka zdjęć miasta. Chciałem zobaczyć, jak w czasie epidemii rozgrywa się życie mieszkańców. Nie mogłem bowiem uwierzyć w to, co słyszałem od bliskich i znajomych. Każdego kolejnego sprawozdawcę traktowałem jako wybitnego bajarza, o bujnej wyobraźni. Popełniłem duży błąd. Okazało się, że odpieramy oblężenie choroby, przybyłej ze wschodu, a strach przed okupantem po prostu zamknął społeczeństwo w domach.

Kiedy wyszedłem z klatki, doznałem pustki. Nie było ludzi, brakowało dźwięków i ruchu. Wszystko jakby zamarło. Gdyby nie samochody na parkingach, zastanowiłbym się cóż to za przedziwna symulacja komputerowa. I tak pierwsze skojarzenie, jakie nasunęło mi się na myśl, to Prypeć. Tym bardziej że mieszkam na osiedlu o podobnej wiekowo zabudowie. Taki przełom lat 70. i 80. XX wieku.

Ilustracja: Ewa Mielnik.

Po kilku minutach doszedłem do dużego bulwaru spacerowego – Promenady im. Czesława Niemena. Mimo wczesnej pory, spodziewałem się większej liczby spacerowiczów i biegaczy. To ten moment zdeterminował, w jaki sposób zacząłem patrzeć na to, co się dzieje. Zdawało mi się, że ulice nie wyludnią się z dnia na dzień. Że ludzie nic nie zrobią sobie z zakazów i wyjdą na zewnątrz, zamiast dusić się w swoich czterech ścianach. Taka retoryka płynęła przynajmniej z informacji, które do mnie docierały. Była to jednak nieścisłość, która nie odzwierciedlała faktycznego stanu rzeczy.

Zdarza się tak, że skracam sobie drogę, idąc pieszo w Aleje przez cmentarz Kule (nazwa własna, a jak mam opisywać, to lepiej, żeby to było dokładnie). Patrząc na ludzi, zaczęły mi się przypominać obrazy z „Dżumy” Alberta Camusa. Snując wizje przeróżnych obrazów przyszłości, w mojej głowie wykreowała się iluzja, w której to najpierw ludzi grzebie się względnie normalnie, w małym gronie. Potem są mogiły zbiorowe z podziałem na płeć, a na koniec następuje równość wobec śmierci – jeden dół dla wszystkich. Teraz, kiedy już ostatecznie wszyscy zwariowali, na pogrzeby przychodzą jak na miejsce porannego apelu w czasie kolonii. Każdy w równej odległości, wszyscy na baczność, oczywiście rękawiczki i maseczka. Przez to obrządek ten stracił w mojej opinii na powadze i zmarłemu nie okazuje należnej czci.

Dotarłem do „Ryneczku” na Wałach i na chwilę zostałem sprowadzony na ziemię. Są jednak jeszcze jacyś ludzie! Dopiero gdy znalazłem się na wysokości pierwszej otwartej budy, dostrzegłem realny absurd tej sytuacji. Wszyscy stoją od siebie w znacznej odległości w kolejce, ale poruszając się po terenie targowiska, ocierają się i pchają dawnym zwyczajem. Bez skrupułów też „macają” swoimi „łapskami” sałaty, marchewki, pietruszki, a także wszystko inne, co da się jeszcze dotknąć, podczas gdy i tak „towar nakłada sprzedawca”. Przynajmniej tak głosi każda uwięziona w koszulce i przyklejona do szyby kartka. Dalej zastanawiam się, czy należy to nazwać mianem tragizmu, komizmu czy „debilizmu”.

Wreszcie stanąłem naprzeciwko budowli bardzo majestatycznej – znaku rozpoznawalnego Częstochowy, czyli Jasnej Góry. I Aleje były puste. Ledwie kilka zbłąkanych owieczek snujących się jak ja, bez celu. Widok był… dziwny. Jednak to jest obraz dzisiaj, do którego ja – żyjący wczoraj nie mogę przywyknąć i nie zamierzam tego robić. Dlaczego daliśmy się zamknąć w domach – wiemy, ale nie potrafię się z tym pogodzić. Nie mogę zaakceptować tego, że jesteśmy w stanie wojny epidemiologicznej – tak to trzeba określić — a czuję się, jakbyśmy byli w stanie wojny realnej.

Źródło: MBoguslaw, Pixabay.

W pewnym momencie wyobraziłem sobie czołgi nadjeżdżające z ulicy Wolności, żandarmów idących naprzeciw mnie, a za plecami usłyszałem partyzanckie strzały z jednej z bram. To jednak tylko moje urojenia. Zapewne dlatego, że pracowałem niedawno nad projektem dotyczącym wyzwolenia Częstochowy spod okupacji hitlerowskiej w 1945 roku. W gruncie rzeczy mamy jednak do czynienia z rodzajem wojny, która z frontów przeniosła się do laboratoriów i mediów. Stamtąd wypływają największe współczesne zagrożenia. Przesyceni informacjami łatwo podłapujemy fałszywe informacje, a w międzyczasie w probówkach tworzy się broń godna naszych czasów – broń biologiczna.

Stłamszony totalnie pobojowiskiem, przez które kroczyłem, zacząłem sobie pod nosem nucić „Raport z oblężonego miasta” – wiersz Zbigniewa Herberta śpiewany przez Przemysława Gintrowskiego. „[…] piątek: początek dżumy…”. Te słowa nie mogły opuścić mojej głowy. I bardzo dobrze. Po dłuższej chwili rozważań doszedłem bowiem do wniosku, że ta epidemia dotarła do nas w „piątek” – dosłownie przed chwilą. Ta felerna sobota, dzięki której mógłbym żyć w błogiej nieświadomości, jest „początkiem końca”, co podsunął mi inny polski wokalista – Kazik Staszewski.

Gdzie zaczęła się zaraza, skończyły się kontakty międzyludzkie. Nie ma już chodzenia na kawę, spotykania się w restauracjach i modnych miejscach. Galerie wreszcie opustoszały, a w parkach nie widuje się młodzieży na ławkach. Miasta stały się puste. Zupełnie jak balonik, który ktoś nieopatrznie nakłuje szpilką i uleci z niego całe powietrze.

Na błonie fotograficznej udało mi się uchwycić obrazy, które, mam nadzieję, nigdy nie wrócą. Tak pustych kadrów dawno nie widziałem, tak samo dawno nie słyszałem śpiewu ptaków w centrum miasta. A ten magiczny, złowróżbny dzień, tym mnie obdarował. Zapamiętam go na długi czas, bo to właśnie takie wiekopomne i wręcz już historyczne wydarzenie. Tak jak dla naszych rodziców stan wojenny albo katastrofa w Czarnobylu. Pandemia strachu, która swoją legendą przerasta faktyczny problem i przez to dyktuje nam irracjonalne sposoby postępowania. Uczucia związane z pandemią koronawirusa wrócą do mnie ze zdwojoną siłą, kiedy uda mi się uzyskać odbitki. Choć zapewne stanie się to niezbyt szybko. Stanę się wtedy posiadaczem namacalnej pamiątki tragedii naszego pokolenia. Będzie to sprawozdanie z chwil rozłąki, cierpienia i lęku przed przeżyciem każdej kolejnej sekundy.

Źródło: Harut Movisyan, Pixabay.

Doszedłem w końcu do dworca kolejowego znajdującego się w dzielnicy Stradom. Z mostu górującego nad torowiskiem widać było dokładnie wszystkie perony. Na kilka pociągów oczekujących na zmianę sygnału „Stój!” – tylko jeden był osobowy, a na terenie stacji znajdowało się tyle osób, że spokojnie można by je policzyć na palcach obu rąk. Sytuacja z koronawirusem doprowadziła do uspokojenia życia, a ono pozbawione dynamizmu i pobudzenia weszło w pierwotny status quo. Tyle że zaoszczędzony czas nie idzie w parze z naprawą relacji międzyludzkich i zwiedzaniem świata, a wpatrywaniem się w piksele i lustro. Dobrze, że chociaż zostały nam jeszcze książki i jeśli po nie sięgamy, to podróżujemy w sposób zastępczy. Wchodzimy na swoisty peron numer 9 i 3/4, wsiadamy do wagonu, gdzie usadawiamy się wygodnie i suniemy po słowach jak po torach, prowadzeni przez autora-maszynistę.

U Okudżawy zabierał nas „ostatni, niebieski trolejbus”. Odwoził gdzieś w nieznane, lepsze miejsce. Teraz autobusy jeżdżą puste, według rozkładów niedzielnych, a tramwaje w ogóle przestały kursować. Już nie sposób jest się wyrwać z melancholijnej monotonii uwięzi domowej. Gdyby nie ten długi sobotni spacer, to na pewno bym oszalał. To widok wręcz apokaliptyczny, a nastrój stał się bardzo orwellowski, gdy jadą jeden za drugim, niby puste akwaria ze spuszczoną wodą. Na przystankach nie ma ludzi, którzy jadą w znane albo nieznane strony.

Nawet jeżeli to przejściowe, to trudno mi się odzwyczaić od porządku świata – brutalnego i nieszczędzącego nikogo będącego, w mojej opinii, niezbędnym do zatrzymania chaosu. Nawet jeśli ktoś uważa, że te zmiany są cudowne, to przecież trudno nie wierzyć w nic. A ja wierzę w ludzi i świat, kocham ewolucję, a rewolucję traktuję jak zło, konieczne tylko w ostateczności.

Patrzę nieustannie na zegarek i cały czas nie jestem w stanie uwierzyć, że płynie czas, a po nocy przychodzi dzień. Świat wreszcie zwolnił, ludzie być może dzięki temu zaczną w większym stopniu myśleć… A właśnie jesteśmy tuż przed największym w historii kryzysem gospodarczym.

Kończąc mój spacer, znowu przekroczyłem w poprzek „Promenadę”. Tym razem było po godzinie czternastej. W wielu domach zjedzono już obiad. Pojawiła się iskierka nadziei, wyszło kilkadziesiąt osób, często z dziećmi. Przez ten krótki moment wróciło życie, w żyłach zaczęła na nowo płynąć krew. Oby szybko nie przestała.

„[…] boć to polska jest litania i to jedno wiemy / że niestety, nie ma końca, póki my żyjemy!” – śpiewał przed laty Jan Kaczmarek. Nie skończymy narzekać – i tak źle, i tak niedobrze. To jest wpisane w materiał genetyczny naszego narodu. Dlatego moja propozycja odnosi się do niepopadania w skrajności i doprowadzenia do stanu, kiedy wszyscy zaczną narzekać i sobie jednocześnie chwalić. Wtedy przynajmniej można wysnuć wniosek, że każdy jest zadowolony…