Strona główna > Aktualności > Publicystyka > Quo vadis, Polsko? III

Quo vadis, Polsko? III

person holding clear glass glass

Cyprian Dziurowicz dla Kongresów

Nie ukrywam, że gdy pierwszy raz zasiadłem wieczorem przed ekran laptopa, na którym „pipe” niecierpliwie migotał tuż za pytajnikiem, wieńczącym treść pytania przewodniego felietonu ciężko przychodziło mi poddanie selekcji pomysłów na treść, którą chciałbym czytelnikowi przekazać. Mamy do czynienia z niesamowicie interdyscyplinarnym, indywidualnym i wrażliwym problemem. Problemem, który de facto jako społeczeństwo powinniśmy mieć częściowo rozpracowany, czemu przeczą niestety ostatnie wydarzenia w kraju. Akceptacja demokracji taką, jaka jest i winna być przychodzi nam wciąż z trudem pomimo lekko ponad trzech dekad obcowania z nią. Polacy wciąż ściśle trzymają się sposobu współżycia z nią na zasadach widzenia, gloryfikacji i korzystania z jej zalet przy zupełnym niedostrzeganiu jej wad, a gdy już zewnętrzny impuls doprowadza do ich odczucia na własnej skórze najczęściej reagujemy nieuzasadnionym szokiem i tym bardziej nieuzasadnionym oburzeniem. Nie chcę jednak wchodzić głębiej w przemyślenia nad tym, co ostatnio targa naszą ojczyzną z mocą burzy, której dotychczas nie doświadczyłem jako młody człowiek w tej specyficznej nadwiślańskiej społeczności. Chciałbym również przeprosić czytelnika, że właśnie rzuciłem mu na wstępie twierdzenie-granat, z którym naturalnie może się nie zgadzać. Teraz chowam się do swojego bezpiecznego bunkra, nie kontynuując początkowo sformułowanej myśli, nie dając mu tym samym szansy na odrzucenie go z powrotem; ale naprawdę w roku 2020 specyfika polskiej demokracji wyssała ze mnie ostatnie soki i wymęczyła dostatecznie. Nie będę tutaj pisał o szeroko pojmowanej polityce jako zbiorze partii X, Y i Z ani o Polsce jako o podmiocie jednoosobowym. Jeżeli czytelnik przyszedł przeczytać mój własny, indywidualny manifest wyidealizowanej przyszłości Polski raczej nie znajdzie tego, czego szuka. Chciałbym dzisiaj podejść do tego mniej politycznie, a bardziej „metafizycznie”. Pragnąłbym zatrzymać czytelnika na chwilę, jak tak teraz myślę, w czasie.

Jak już wspomniałem we wstępie, wyselektowanie myśli i skategoryzowanie ich do konkretnej tematyki trzymając się jednocześnie ram pytania (choć są one niebywale szerokie), przychodziło mi z trudem. Szybko zaniechałem pomysłu wybrania problemu, opisania go od alfy do omegi, a później poprowadzenia czytelnika za rączkę z punktu A do punktu B szeregu jego rozwiązań wybranych na podstawie mojej wiedzy i poglądów. Wybór możliwej do poruszenia tematyki był na tyle ogromny, że przerósł mnie w sztuce dokonania właściwego wyboru tak, aby odczuć jednocześnie satysfakcję z owoców swojej pracy. Zacząłem więc szukać punktu wspólnego, stałej niezmiennej każdego podjętego tematu i każdej wysuniętej tezy. Czegoś, co będzie w stanie połączyć zgoła odbiegające od siebie tematy jak analiza polskiej polityki podatkowej i spadek jakości gwoździ opuszczających polskie fabryki (wymyślam, polskie gwoździe są spoko). Wartości uniwersalnej dla pytania quo vadis Polsko

Pomimo tego, że mam mały pokój zawsze zależało mi na zagospodarowaniu miejsca na zegar ścienny, który w obecnych czasach jest teoretycznie zbędny. Jego obecność cieszy moje oko, a czasami również i słuch (tik-tak, tik-tak). Czasami, gdy potrzebuję chwilę pomyśleć, to właśnie na nim zawieszam wzrok. Tak też było wtedy, gdy myślałem nad treścią felietonu. To on stał się również odpowiedzią. Czas. Czas jest jednocześnie genezą, definicją i odpowiedzią na pytanie quo vadis Polsko? Nieważne jaki problem, temat, motyw chciałbym omówić czy dotyczyłby on ekonomii, społeczeństwa, światopoglądu, polityki zagranicznej… Czas zawsze będzie jego towarzyszem. Nieodłączny, nierozerwalny, wieczny element ludzkiej egzystencji. Każdy problem, który mógłbym poruszyć na łamach tego felietonu, wynika z wydarzeń i decyzji z przeszłości, które w teraźniejszości określamy jego przyczynami. Każdy wysunięty postulat, który ma za zadanie zniwelować jego skutki, odczuwane w teraźniejszości będzie wymagał zaciągnięcia „kredytu” w przyszłości jako okresu realizacji. Myślę, że czytelnik zgodzi się ze mną w uznaniu czasu za wartość uniwersalną quo vadis Polsko? W końcu nie da się odpowiedzieć na pytanie: dokąd zmierzasz bez uwzględniania czasu. Zmierza się do miejsca lub sytuacji, a żeby do niego/niej dotrzeć należy przebyć „drogę” w określonym odcinku czasu. Oczywiście w wielkim skrócie i uproszczeniu.

Przyznam, spodobała mi się ta myśl. Postanowiłem złapać za sznurek i iść wzdłuż niego dalej. Obecnie trwający rok okazał się, mimo wszystkiego, co przyniósł światu, pomocny. W tym roku każdy z nas „dostał” statystycznie więcej czasu niż zwykle. Lockdown nie zatrzymał całkowicie jego biegu, ale spowolnił na tyle, że potrafiliśmy to odczuć. Zaczęliśmy przestawiać tryb swojego życia, spędzać więcej czasu w gronie najbliższych, poświęcać więcej uwagi otaczającemu nas światu (jeszcze w marcu z trwogą na twarzy śledziliśmy dzienniki), odkrywaliśmy lub pielęgnowaliśmy nasze pasje. Okazuję się, że odpowiednia „manipulacja” czasem potrafi odwrócić życie do góry nogami całych społeczeństw, poprzez zdaje się minimalne dla ogółu, zmiany w życiu ich pojedynczych komórek. Od stworzenia świata, przez nasze życie, kończąc na powolnym wymieraniu kosmosu setki miliardów lat po nas – czas jest wiecznym, cichym władcą wszystkiego, co nas otacza, a co zdążyliśmy poznać. Nie bez przyczyny więc jest jedną z najsłabiej poznanych wielkości fizycznych przez człowieka.

Subiektywnie uznaje siebie za humanistę. Dla mnie czas zawsze był jedynie zero-jedynkowym wymiernikiem określania dziejów ludzkości. Piętnem wydarzeń i okresów historycznych. Nigdy dotąd nie traktowałem go sobie równym. Był czymś odległym w przeszłości jak światła samochodu odbijające się we wstecznym lusterku gdzieś w oddali w mglisty dzień. Dopiero pracując nad felietonem, dotarło do mnie, że również jestem jego częścią. Częścią, na którą ma wpływ on, jak i również ta część na niego. Może w nieproporcjonalnej mierze, ale jednak. To odkrycie wzbudziło we mnie satysfakcję. Przywykłem do uznawania za części oddziałujące na czas osoby pokroju Napoleona Bonapartego, Wilhelma II czy Czyngis-Chana. A jednak odkryłem, że również w epoce, w której trudno stać się „wielkim” w ujęciu skali, którą uznawałem za godną wpływowi na czas w ujęciu historycznym, również mam na niego wpływ. Zawsze, każdy urodzony człowiek go miał. Nawet chłop pańszczyźniany mieszkający w roku 1550 w przez Boga zapomnianej wsi na dzisiejszej Białorusi. Uznawałem, że tabele przedstawiające eksport zboża przez port gdański mają wpływ na czas w ujęciu historycznym. Nie miałyby go jednak, gdyby nie o wiele mniejszy, lecz równie istotny wpływ pracy wspomnianego chłopa. Niech czytelnik nie interpretuje tego jako moje skinienie w stronę kolektywizmu. Wręcz przeciwnie, uważam, że w ujęciu społeczno-gospodarczym to właśnie nasz indywidualizm w działaniach, przez który uczestniczymy w ciągu wydarzeń, pozwala nam oddziaływać na czas (bazując na ujęciu czasu w myśli Leibniza). Każda nasza pojedyncza czynność wpływa na jego przebieg. Trochę jak w nolanowskiej interpretacji filmowej zawartej w „Interstellarze” (wszechobecne nitki) lub paradoksie dziadka połączonym z efektem motyla.

Dlatego też nie zakończę żadną nakierowaną puentą. Moją odpowiedzią na postawione pytanie pozostaje czas do spółki z ludźmi, którzy na niego oddziałują w mniejszym lub większym stopniu. To właśnie te dwa czynniki pokażą, dokąd zmierza Polska. W jakim miejscu na osi czasu znajdziemy się za parę lat. Zachęcam was do działania, przede wszystkim działania. Nieważne czy pochodzicie ze stolicy, miasta, miasteczka czy wsi otacza was czas, na który możecie oddziaływać. Ważnym jest, abyście to robili oraz pozwalali na to, by to on oddziaływał na was. Ta synergia między czasem a człowiekiem, przynajmniej dla mnie, jest na swój sposób piękna i urzekająca. 

Z tymi przemyśleniami chciałbym czytelnika w tym momencie zostawić, opuścić w czasie, chociaż nigdy tak naprawdę do końca. Ciąg dalszy następuje zawsze, niezależnie od momentu, w którym aktualnie się znajdujemy. Taka jest już natura czasu, że jest wieczny.