Prokurator Generalny i Minister Sprawiedliwości w jednym

Źródło: gov.pl

Zanim przejdę do części właściwej pracy, wpierw pragnę wyjaśnić czytelnikom powód, dla którego postanowiłem poruszyć właśnie taki, a nie inny temat. Nie będę ukrywać, że inspiracją stała się dla mnie głośna ostatnimi czasy afera w Ministerstwie Sprawiedliwości. Afera, która została okrzyknięta nośnym medialnie tytułem „farmy trolli”, poruszyła mnie z kilku powodów. 

Po pierwsze, doszło do niespotykanej dotychczas na taką skalę akcji szykanowania sędziów, krytykujących reformę wymiaru sprawiedliwości. 

Po drugie, wstrząsający był język oraz środki do tego wykorzystane – fabrykowanie pomówień, fałszywych oszczerstw, a także wysyłanie wulgarnych listów do I Prezes Sądu Najwyższego. Nic więc dziwnego, że temat stał się prawdziwym języczkiem u wagi mediów oraz partii opozycyjnych. Nie przynosi to jednak wcale pożytku aferze, gdyż łatwo jest w tym wszystkim poddać się emocjom i zamiast merytorycznej dyskusji – tracić czas na jałowe spory, zamiast intelektualnie pobudzać – zniechęcać. Jest to zjawisko wielce niewskazane, ponieważ poruszony został przy tym pewien istotny aspekt prawny, który powinien być poddany chłodnej oraz bezstronnej analizie. Dlatego też całkowicie należy pominąć polityczny wymiar afery, a zatem kwestię dymisji wiceministra Piebiaka czy domniemanych politycznych konsekwencji Ministra Sprawiedliwości. Co ważniejsze, wydarzenia z końca sierpnia stanowią interesujący punkt wyjścia w rozważaniach nad kluczowym zagadnieniem ustrojowym, regulującym funkcjonowanie prokuratury w Polsce. Mowa tu o połączeniu urzędu Prokuratora Generalnego i Ministra Sprawiedliwości. Kwestią zasadniczą w świetle niniejszej afery staje się pytanie o słuszność tego rozwiązania. Zaznaczyć na wstępie trzeba, że obecna afera nie może sama wyłącznie zaważyć nad oceną decyzji podjętej w 2016 roku, ale nie należy jej również bagatelizować, gdyż jest to ważny argument, rzucający nowe światło na dotychczasową dyskusję.

Na sam początek należałoby przybliżyć trochę historii. Prokurator Generalny, jako naczelny organ prokuratury i zwierzchnik prokuratorów, w III RP pozostawał zespolony z Ministrem Sprawiedliwości od 1990 roku. Zmiany przyniósł rok 2010, w którym dokonano reformę systemu, wprowadzając urząd Prokuratora Generalnego, powoływanego na sześcioletnią kadencję przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej spośród dwóch kandydatów zgłoszonych przez Krajową Radę Sądownictwa i Krajową Radę Prokuratury. Po 6 latach od reformy przywrócono stan sprzed 2010 roku. Przyjęto więc z powrotem model, w ramach którego na czele prokuratury stoi Minister Sprawiedliwości – urząd będący częścią władzy wykonawczej.

Aby lepiej zrozumieć powody tej decyzji, należy przyjrzeć się argumentacją wnioskodawców zmian. W uzasadnieniu projektu ustawy możemy przeczytać, że „Model funkcjonowania prokuratury obowiązujący od 1 kwietnia 2010 r. w dość powszechnym odczuciu społecznym, ale także w opinii ekspertów nie zdał egzaminu”. Wnioskodawcy argumentowali to zbyt słabą, ich zdaniem, pozycją Prokuratora Generalnego wobec podległych prokuratorów, jak i organów zewnętrznych. Już na wstępnych etapach prac swoje zastrzeżenia w tej kwestii wysunął Sąd Najwyższy, twierdząc w opinii prawnej, że „Wywód ten nie przekonuje, albowiem taki sam efekt można uzyskać, wzmacniając kompetencje Prokuratora Generalnego, bez konieczności łączenia obu urzędów”. Dalej możemy przeczytać w projekcie, że „Prokurator Generalny odzyskuje realną władzę nad prokuraturą, z zachowaniem niezależności prokuratora w zakresie prowadzonego śledztwa”. Odmienne zdanie w tej kwestii miał Sąd Najwyższy, który ostrzega, że „połączenie tych dwóch stanowisk narusza zasadę apolityczności prokuratury”.

Drogi czytelniku nie przegap jeszcze PONAD POŁOWY felietonu!
Koniecznie zajrzyj VI wydania „Kongresów”, gdzie tekst został opublikowany w całości! 

Autor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *