Strona główna > Aktualności > Publicystyka > Postępujący kryzys wyobraźni

Postępujący kryzys wyobraźni

Czas czytania: 3 min.

Szukam sobie miejsca w świecie spustoszonym katastrofą klimatyczną. To moja codzienna rutyna, zestaw ćwiczeń, który wykonuję po kilka razy dziennie – rano, wieczorem, do snu. Przecież niećwiczony umysł, tak samo jak mięśnie, obumiera, a ja robię, co mogę, aby nie popaść w kryzys wyobraźni.

Takiej mentalnej gimnastyki zabrakło rządzącym. „Kryzys ekologiczny to przede wszystkim kryzys wyobraźni” – te słowa autorstwa Lawrence Buella dobitnie opisują dekady zamiatania kwestii antropogenicznych zmian klimatu pod dywan. Dla tych, których dotknęło, postępujące zaślepienie oznacza spokojny sen i myśl, że wszystko będzie dobrze. Że po pandemii wrócimy „do normalności”. I z tej perspektywy można go nawet zazdrościć – wiedza o zmianie klimatu to pierwszy krok w stronę strachu o własną przyszłość. O świat, jaki zastaną przyszłe pokolenia. 

Climate anxiety – depresja klimatyczna – ma wiele twarzy. To oszałamiające poczucie osamotnienia, strachu, bezsilności. Poczucie, że moja przyszłość nie leży w moich rękach. Depresja klimatyczna nie jest jednak diagnozą choroby psychicznej. To raczej zespół zintensyfikowanych, obezwładniających emocji, niepowiązany z depresją kliniczną. Ale może do niej prowadzić – według badań Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego istnieje związek między długotrwałym strachem o kwestie ekologiczne a zwiększonym ryzykiem pogorszenia się stanu psychicznego osoby.

Na depresję klimatyczną najbardziej narażone są osoby, które już mają jakąś wiedzę w zakresie klimatu i te, które zamieszkują kraje najmocniej dotknięte kryzysem już teraz. Od dzieciństwa karmi się nas bajką o zmianach indywidualnych, indywidualnym śladzie węglowym i plastikowych słomkach. Nic dziwnego, że kiedy wychodzisz z tej misternie wytworzonej przez największych emitentów bańki i stykasz się z rzeczywistością, w której twoja butelka wielokrotnego użytku nie ratuje klimatu, dotyka cię poczucie przytłoczenia. Poczucie, że indywidualne wybory coś zmienią, jest zazwyczaj bardzo uspokajające – zdejmuje z ciebie etyczną presję i oddala wizję nieuchronnej katastrofy, spowodowanej brakiem zmian systemowych.

To samo Towarzystwo podaje jednak, że mit jednostkowej odpowiedzialności przekłada się na dobrostan osób ekologicznie świadomych. Zostajemy zaznajomieni z historią pacjenta, który uroił sobie, że jeżeli dalej będzie pił i zużywał wodę, będzie winny śmierci milionów osób, którym zabierze do niej dostęp. Podobnie, prawie u jednej trzeciej Australijczyków cierpiących na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne zachowania kompulsywne koncentrowały się wokół zmniejszania własnego śladu węglowego – m.in. poprzez maniakalne gaszenie świateł, zakręcanie kranów, kuchenek, zmniejszanie użycia wody, energii i innych zasobów.

Postawa rządzących nie pomaga. Mimo apeli, akcji, lat pracy aktywistów i aktywistek klimatycznych kryzys wyobraźni postępuje. Stary, bezpośredni denializm klimatyczny wyszedł już z mody – teraz zastąpił go denializm zawoalowany. Erystyczne formułki, długie, pełne patosu zdania, puste (i przy tym nieambitne) obietnice mamią oczy mniej świadomej części społeczeństwa. A bajka o słomce trwa w najlepsze…

W dyskursie okołoklimatycznym zderzają się dzisiaj dwie perspektywy: pierwsze wyobrażenie jest wynikiem kryzysu wyobraźni, który masowo dotknął rządzących (reprezentujących w większości starsze pokolenie). Przedstawia lepszy świat i perspektywę kultywowania business-as-usual. To wizja, w której możliwa jest dalsza bezczynność. To swoiste klapki na oczach. Łatwo jest bowiem nie myśleć o nie swojej przyszłości. W tym kryzysowym wyobrażeniu kryzys klimatyczny to nic bardziej złożonego niż tulipan z origami.

Druga perspektywa ma oparcie w nauce. To perspektywa świadomości, że aby zatrzymać katastrofę musimy pozostać poniżej progu 1,5ºC globalnego ocieplenia. Przy obecnych trendach emisji szansa na utrzymanie ocieplenia poniżej 2ºC wynosi 5%. Po uwzględnieniu celów redukcji wszystkich krajów szansa ta wzrasta do 26%. W tej perspektywie zawiera się poczucie bezsilności. Wśród znajomych mi osób aktywistycznych ten sposób myślenia jest zastraszająco (ale nie zaskakująco) częsty. Osoby świadome są bowiem, jak już pisałam wcześniej, najbardziej narażone na strach. Człowiek boi się nie tylko tego, co mu nieznane – przeraża go zwłaszcza to, na co nie ma wpływu. A zmiana systemowa to coś, na co możemy – jako niepolitycy i niepolityczki – mieć wpływ tylko pośrednio.

Moje oczy otworzyła świadomość, że moim indywidualnym śladem węglowym nie jest gorąca kąpiel czy podróż samochodem, a to, jakie działania podjęłam, aby zmienić system. Aktywizm stanowi tymczasowe remedium na strach. Jednak każde odbicie się od decyzyjnej ściany powoduje, że nawet ono przestaje wystarczać.

Nie próbuję sobie wyobrazić świata bez kryzysu klimatycznego. Do depresji klimatycznej nie jest mi potrzebny jeszcze postępujący kryzys wyobraźni.

Autor

  • Aktywistka, feministka, weganka; czas wolny to dla niej oksymoron. Z poczucia obowiązku polemizuje z denializmem klimatycznym. Kocha biologię, informatykę, lingwistykę, sztukę i historię sztuki, myśli nad tym, jak połączyć miłości w jeden kierunek studiów. Nieuleczalna estetka, perfekcjonistka, prokrastynatorka, adrenalino- i kawoholiczka. Przecinki w tym tekście sprawdziła pięć razy.