Strona główna > Aktualności > Organizacje współpracujące > FRSE > Pieniądze nie śmierdzą (chyba że mieszkasz w Polsce, to wtedy nawet parzą)

Pieniądze nie śmierdzą (chyba że mieszkasz w Polsce, to wtedy nawet parzą)

  • Kongresy 
green plant in clear glass vase

Łukasz Trzaska

Stowarzyszenie Demokracja w Praktyce

„Dorobił się złodziej. Ciekawe skąd wziął na to pieniążki. Pewnie ukradł.’’ Jak my dobrze znamy takie teksty, prawda? Pieniądze to w naszym kraju niespotykany chyba nigdzie indziej temat tabu. Ogólnie to aż grzech je posiadać, nie daj Bóg się nimi chwalić, a już przede wszystkim się z nich cieszyć. Bo przecież pieniądze to nie wszystko, szczęścia nie dają i „nie możecie służyć Bogu i mamonie”. Trudno powiedzieć, czy taka postawa to nasza szlachetna cecha narodowa, wpojone od pokoleń umiłowanie ubóstwa i skromnego życia rodem z biblii, czy może mechanizm obronny na nędzę galicyjską i biedę PRL-u. Fakt – faktem – o pieniądzach lepiej w Polsce nie rozmawiać. A już, zwłaszcza kiedy jest się politykiem. 

Gromy oburzenia ściągnęli na siebie nasi parlamentarzyści, kiedy w nie aż tak dawno postanowili przeforsować przez Sejm podwyżki pensji dla najwyższych urzędników publicznych – prezydenta, premiera, marszałków sejmu i senatu, ministrów, posłów i senatorów. I rzeczywiście na pierwszy rzut oka wygląda to bardzo, bardzo źle. Środek epidemii, firmy bankrutują, tysiące ludzi traci pracę, zostając bez środków do życia, a w tym samym czasie elita narodu, przyznaje sobie hojne podwyżki. Bezczelność, skandal i hańba, „wstyd, żenada, kompromitacja, hańba, frajerstwo, nie wracajcie do domu’’. Taaak, ale też i nie. Porzućmy na chwilę emocje i uporządkujmy fakty.

Nie da się ukryć, że nasi politycy zdecydowanie mogli wybrać sobie lepszy moment na podwyższenie wynagrodzeń. A zasadniczo, trudno byłoby wybrać im gorszy. Biorąc pod uwagę, że przez koronawirusa polska gospodarka jest w ogromnym dołku, a widmo gigantycznej recesji wisi nad nami jak miecz Damoklesa, oszczędności (także w państwowej kasie) politycy powinni szukać, przede wszystkim zaczynając od siebie. Próba przyznania sobie podwyżki przez posłów w obecnej sytuacji jest niczym zachowanie szefa firmy – no nie wiem – papierniczej, który w przerwie między zwalnianiem pracowników a wysyłaniem faksu z raportem o 57% spadku sprzedaży właśnie wpisuje sobie premię uznaniową i dodatek motywacyjny za trudne warunki pracy. Być może taki Michael Scott z „The Office’’ tak właśnie by postąpił, ale zakładam, że polska polityka nie jest jednak mockumentalnym serialem komediowym. 

Tak jak kapitan okrętu ostatni opuszcza pokład, a w razie potrzeby idzie z nim na dno, tak każdy szanujący się manager, boss, prezes, CEO, czy zwykły szef winien mieć na względzie w pierwszej kolejności przede wszystkim interes firmy i swoich pracowników, a dopiero na końcu swój własny. Słowem – powinien świecić przykładem. Na tym polega odpowiedzialność. Niektórzy mówią, że nie można dobrze zarabiać, jak się jest politykiem; ale to nieprawda. Można, tylko trzeba najpierw zapewnić spokojny byt obywatelom (a także wstawać rano).  Być może taka podwyżka byłaby lepsza trochę później, jak już koronawirusowy kryzys trochę się ustabilizuje? A może wystarczyłoby ja uchwalić dopiero z odroczeniem na następną kadencję, dla posłów wybranych w wyborach w 2023 roku, a nie dawać ją samym sobie już teraz?

Jednak stało się, mleko się rozlało i projekt ustawy trafił do Sejmu. Co więcej, dziwnym trafem został tam przegłosowany, ale tak naprawdę nie to jest w tym wszystkim najgorsze. W całej tej sytuacji najbardziej rozczarowało mnie nie samo głosowanie za podwyżkami, a to, że po zmasowanej fali krytyki nikt z polityków nie miał odwagi swojej decyzji bronić. Zamiast tego posłowie schowali głowy w piasek i postanowili jedynie przerzucać się odpowiedzialnością, rumieniąc się przy tym niczym dzieci, przyłapane na kradzieży słodyczy z kredensu. Bo wbrew wszystkim tym rozemocjonowanym populistycznym głosom mówiącym, że politykom to w ogóle żadne pieniądze się nie należą, bo i tak kradną i nic nie powinni zarabiać darmozjady wstrętne – ja naprawdę uważam, że podwyższenie pensji publicznym urzędnikom jest w gruncie rzeczy decyzją słuszną.

Praca premiera, ministra, czy senatora to praca jak każda inna i wykonujący ją osoby zasługują na godne wynagrodzenie, podobnie jak górnik, spawacz, czy kierowca tira. Odmawianie im zasług i mówienie, że poseł nic nie robi, to jak narzekanie niektórych starszych osób, że pracownicy biurowi to lenie, bo tylko siedzą na czterech literach, „klikają w komputer’’ i pieniądze biorą. To po pierwsze. Po drugie – wbrew obiegowej opinii nasi politycy wcale nie zarabiają tak monstrualnie dużo, jak mogłoby się wydawać. Miesięczna pensja posła to obecnie 8 tys. zł brutto, ministra nieco ponad 10 tys., a premiera 11 tys. zł. Pracownicy IT na średnio-wysokich stanowiskach niejednokrotnie zgarniają o wiele większe pieniądze. Nie mówiąc już o członkach zarządu firm, czy korporacji. Jest zresztą rzeczą naturalną, że pensje wszystkich pracowników, nie tylko na kierowniczych stanowiskach rosną – biorąc pod uwagę inflację i wciąż pnące się w górę koszty życia podnoszenie zarobków to proces, który sukcesywnie trwa już od wielu lat. Wystarczy popatrzeć, jak zmieniała się wysokość płacy minimalnej, żeby zobaczyć skalę zjawiska. W ciągu ostatnich 15 lat najniższe wynagrodzenie wzrosło w Polsce z kwoty 849 zł w 2005 roku, aż do 2600 zł brutto w 2020. A przecież niedawno mówiło się nawet o podwyższeniu tej kwoty aż do 4 tys. zł w 2023 roku (abstrahując od tego, czy to dobrze, czy źle). Podnoszenie zarobków to absolutnie normalny proces. Także, jeśli mówimy tutaj o politykach. 

No, ale to by było na tyle. Senat ustawę o podwyżkach w końcu odrzucił i z całego zamieszania zostało jedynie klasyczne przerzucanie się winą, że „to opozycji pomysł był, Panie psorze” kontra „rząd znowu coś wymyślił i nam kraj prześladuje”. I można by zapytać obie strony: „skoro tak bardzo nie podobała Ci się ta ustawa to, czemu za nią zagłosowałeś”?; ale odpowiedź na to pytanie przecież znamy. Jakakolwiek obrona podwyżek dla posłów to w Polsce samobójstwo polityczne. A przecież wcale nie musi tak być.

Tak często oczekujemy, że polityką zajmować się będą specjaliści. Eksperci w dziedzinie gospodarki, stosunków zagranicznych, bezpieczeństwa narodowego. Najlepsi w swoich branżach. Tyle że praca ekspertów kosztuje. Żaden specjalista od finansów czy prawa nie zdecyduje się na pracę w polityce. Po co miałby to robić, skoro w prywatnej firmie zarobi o wiele więcej, bez niepotrzebnego stresu, publicznej presji i obrzucania błotem. Jeśli w rządzeniu krajem pragniemy specjalistów, być może warto byłoby ich do tego zachęcić, choćby przez odpowiednie warunki płacowe. Czy podniesienie pensji ministra gospodarki z 10 do 17 tys. zł sprawiłoby, że rzuciliby się na nią wszyscy ekonomiści w kraju? Nie, ale na pewno byłby to krok w dobrą stronę, który długofalowo mógłby przełożyć się na lepszą jakość życia nas wszystkich. Na razie jednak się na to nie zanosi, bo patrząc na skalę negatywnego odbioru, jaki w społeczeństwie od zawsze wzbudzało zwiększanie zarobków w sektorze publicznym – nikt nie chce mieć na sobie łatki pazernego chciwca. A szkoda. Bo godne pieniądze to żaden wstyd. No, chyba że w Polsce.