Niezłomny idealista

Owidiusz Pankowski

Wiek XIX jest jednym z przełomowych momentów naszej historii. To barwny czas postępu technologicznego, wielkich odkryć medycznych, a także wszechogarniający rozkwit nowych idei i świadomości wydający na świat niemniej interesujących ludzi. Jednym z nich był właśnie Giuseppe Garibaldi, archetyp bojownika o wolność.

Garibaldi urodził się w 4 lipca 1807 roku w Nicei, wówczas w królestwie Piemontu, w rodzinie związanej od pokoleń z morzem. Wierny dziedzictwu został marynarzem, pływając po Morzu Śródziemnomorskim, na którym łatwo było znaleźć ciekawych towarzyszy. I tak właśnie młody Giuseppe powoli poszerzał swoje horyzonty dzięki rozmowom z saintsimonistami, karbonariuszami i innymi obieżyświatami, bojownikami, idealistami, szukającymi nowych ścieżek życia wśród orientalnych bazarów, greckich zabytków i krymskich stepów.

Źródło: Pixabay.

W poszukiwaniu piękna

Równowaga sił ustalona na Kongresie Wiedeńskim była potężną tamą oddzielającą Europę od zbierających się nurtów narodowo-wyzwoleńczych, które coraz powszechniej wypływały na powierzchnię. Nie inaczej było we Włoszech, które jeszcze niedawno zachłysnęły się napoleońskim ładem rozbudzającym ich nadzieje na zjednoczenie. Restauracja dumnych książąt, a wraz z nimi terroru, ucisku i chaosu, budziły jawny bądź ukryty sprzeciw społeczeństwa. Wrzało przy tym w całej Europie. Pokolenie romantyków oraz zagubionych wieszczy opiewało czyny ludowych bohaterów, poświęcenie dla innych, a także moralne piękno. Prędzej czy później musiało zebrać plon.

Garibaldi, którego prostota umysłu szła w parze z marynarskim umiłowaniem wolności, coraz bardziej zaczął zagłębiać się w ideę walki. Będąc jednak niedoświadczonym konspiratorem, zbyt nieuważnie agitował przeciwko władzy, aż trafiła ona na jego ślad. W czerwcu 1834 roku został on skazany zaocznie na karę śmierci, przed którą uciekł, dzięki pomocy rodziny i przyjaciół, do Brazylii. Jak się miało później okazać – uciec można przed przeciwnościami, lecz nie przed wyborami serca.

Bezwzględna dżungla

W tych dzikich czasach przygoda czaiła się za każdym rogiem. Pod koniec 1835 roku Rio Grande de Sul, najbogatsza prowincja Brazylii, postanowiła zawalczyć o niepodległość. Nękany snami o wolności Giuseppe zgłosił się do służby na wodzie, gdzie jako dowódca floty musiał stawić czoła o wiele liczniejszemu przeciwnikowi. Mimo kilkukrotnej przewagi wroga (która równała się liczbie oscylującej wokół czterdziestu stateczków), zręcznie manewrował swoją flotyllą, odnosząc zaskakujące zwycięstwa.

Nic jednak nie trwa wiecznie i w końcu flota rebeliantów uległa rozbiciu, a Garibaldi wraz z Anitą, którą poznał w jednym z wojskowych lazaretów, uciekł w dżunglę. Wrodzona dobroduszność została poddana ciężkiej próbie, na jaką składały się dzikie i niezdyscyplinowane oddziały. To właśnie te doświadczenia miały w przyszłości nauczyć Włocha tworzenia z rewolucjonistów prawdziwych żołnierzy. Możliwości republiki nie wystarczały na jej zamiary i w 1841 roku Giuseppe razem z kochanką, która urodziła mu pierwszego syna, postanowił udać się do Urugwaju.

Czerwone koszule

Tutaj także nie było im dane zaznać spokoju. W 1842 roku, po zawarciu małżeństwa z Anitą, Garibaldi postanowił stanąć w obronie zamieszkiwanego kraju przeciwko argentyńskiemu najeźdźcy. Popłynąwszy w górę rzeki Parany, mimo ostatecznej porażki, odniósł spektakularne zwycięstwa, przynoszące mu sławę dzielnego dowódcy. Nie tracąc zapału, zaczął organizować legiony złożone z emigrantów, by także na lądzie stawić czoło przeciwnikowi. To właśnie tutaj narodziła się legenda czerwonych koszul – nie mający pieniędzy na umundurowanie obrońcy zaopatrzyli się w czerwone koszule przeznaczone dla pracowników rzeźni. Walki trwały kilka lat, zanim zniecierpliwione mocarstwa zmusiły strony do rozmów pokojowych.

Oblężone marzenia

Rok 1848 rozpoczął się powstaniem na Sycylii. Wiosna Ludów zakwitła w Europie. Garibaldi, zmęczony intrygami i dyplomacją, zdecydował się wraz grupą oddanych mu towarzyszy ruszyć na pomoc dokonującej się rewolucji.

Piemont, który pozostawał jedynym niezależnym państwem włoskim, chcąc nie chcąc został wciągnięty w wir walk. Giuseppe, skazany wcześniej na karę śmierci, zaoferował swe usługi, jednakże przyjęto go dość chłodno i pozostawiono na poboczu. Mimo tego nicejczyk zdecydował się walczyć. Porażka pod Custozą przekreśliła na chwilę nadzieje Włochów, a król Piemontu abdykował. Tymczasem pod koniec roku w Rzymie wybuchła rewolucja, której efektem było ogłoszenie w 1849 roku Republiki Rzymskiej.

Garibaldi, którego wciąż ogrzewał płomień wolności, werbował ludzi, przemawiał do tłumów z balkonów i zachęcał do walki. Obrona stolicy wytrwała dzielnie pół roku, po czym były marynarz uciekł ścigającym go Francuzom, Neapolitańczykom i reakcjonistom na północ. Kolejną klęskę przypłacił śmiercią wyczerpanej tułaczką Anity. Mimo tego nie miał zamiaru się poddawać.

Powrót do gry

Następne kilka lat Giuseppe spędził na podróżach, potem w Ameryce. W 1854 roku zakupił kawał wyspy Caprera, która stała się jego domem aż po kres życia. Do tego było jednak jeszcze daleko. Zmieniła się sytuacja międzynarodowa, a także polityczna. Geniusz Cavoura unowocześniał Piemont, wzmacniając przy tym jego pozycję. W 1856 roku Garibaldi przystąpił do Societa Nazionale – pierwszej organizacji jasno popierającej zjednoczenie Włoch.

Tajny i wymuszony przez okoliczności zewnętrzne sojusz monarchiczno-republikański miewał swoje wzloty i upadki, jednakże przyniósł efekty. Wiosną 1859 roku tysiące ochotników napływały do armii piemonckiej, która razem z wojskami francuskimi miała ruszyć na Austriaków. Gdy ci, sprowokowani manewrami, wypowiedzieli wojnę, nicejczyk stanął na czele Strzelców Alpejskich. Ponownie jednak spotkało go rozczarowujące lekceważenie ze strony króla, który ograniczał aprowizację dla jego oddziałów, zsyłając je przy tym na drugoplanowe teatry działań. Główne siły piemonckie po raz kolejny zostały pokonane, lecz sytuację uratowali Francuzi, zwyciężając pod Magentą i Solferino. Otrzymawszy Lombardię, zamienili ją z sojusznikiem na Niceę i Sabaudię. Dom wielkiego rewolucjonisty nie miał już nigdy należeć do Włoch.

Oliwa do ognia

Zjednoczenie Włoch nie leżało wielu na rękę, lecz zdawało się nieubłaganie zbliżać. Napoleon III, chcąc zająć pozycję hegemona na półwyspie, pragnął stworzyć federację złożoną z Piemontu, Toskanii, Parmy i Modeny. Na to jednak nie mogli pozwolić zwolennicy Risorgimento, dlatego zażądali plebiscytów. W ich wyniku prawie całe północne Włochy, za wyjątkiem Wenecji, znalazły się pod berłem dynastii sabaudzkiej.

Wciąż pozostawało jednak zaludnione południe, gdzie królowali Bourboni. Jakiś czas później spiskowcy wzniecili na Sycylii kolejne powstanie. Wrzenie na wyspie nie zostało pozostawione same sobie i w maju 1860 roku Garibaldi wylądował na południu, prowadząc słynną Wyprawę Tysiąca. Ochotnicy przy pomocy miejscowej ludności odnieśli szereg wspaniałych zwycięstw, maszerując na Neapol, zajęty jeszcze tamtej jesieni, zaś z północy nadeszły wojska piemonckie. Na wiosnę 1861 roku oficjalnie proklamowano królestwo Włoch. Droga do pełnego zjednoczenia wciąż była jednak długa.

Idealista

Wielkim przeciwnikiem zjednoczenia był Kościół. Ośmielony niedawnymi wygranymi Garibaldi zdecydował się w 1862 roku po raz kolejny ruszyć na Rzym na czele republikańskich ochotników. Pod Aspromonte zaszły mu jednak drogę oddziały królewskie, w wyniku czego doszło do wymiany ognia. Wódz został ranny, a następnie jako bohater odstawiony do domu. Konflikt parlamentarny znów sięgnął zenitu.

Na pełne zjednoczenie trzeba było czekać jeszcze kilka lat. W tym czasie, podczas kolejnej wojny z Austrią w 1866 roku, Garibaldi dowodził czterdziestoma tysiącami Myśliwców Alpejskich, zaś w 1870 roku przewodniczył pod francuskim sztandarem republikańskim ochotnikom na jednym z frontów przeciwko Prusakom.

Z czasem wycofał się z życia publicznego. Zmarł 2 czerwca 1882 roku na swej wyspie, otoczony przez najbliższych współpracowników. Zmęczony intrygami i polityką, odszedł żegnany zarówno przez wielkich oficjeli, a także prostych ludzi.

Źródło: Pixabay.

Człowiek czynu

Garibaldi był bez wątpienia niezwykłym dowódcą, momentami dziecinnym idealistą, dla którego wolność, niezależnie od łopoczącego na wietrze sztandaru, stanowiła największą miłość. Oferowano mu stanięcie na czele Komuny Paryskiej, dowództwo w wojskach Unii, niezliczone urzędy i bogactwa, które odrzucał, gdy proponujący nie mogli zapewnić w pełni czystego sumienia. Człowiek prosty, o przeciętnej inteligencji, zbyt prostoduszny na spiski i manipulacje, gorzko rozczarował się pod koniec życia, widząc stagnację w sprawach społecznych i wciąż niezwalczoną biedę. Mimo tego znosił wszelkie trudy życia z naiwną ufnością, że pewnego dnia zwycięży. Sam żył skromnie, choć szanowano go bardziej niż królów. Nikt z mu ówczesnych nie zaskarbił sobie takiej miłości ludu; pukle jego włosów traktowano jak relikwie, w domach wieszano obrazy. Żadne przeszkody nie mogły pozbawić go wiary w wolność i prawa człowieka, których symbolem jest do dziś.