Strona główna > Aktualności > Polityka > Nie marnujmy naszego przywileju

Nie marnujmy naszego przywileju

Czas czytania: 4 min.
Fot. Sergei Grits / AP Photo

Dla nas – osób żyjących w erze cyfrowej – wyszukanie jakiejkolwiek informacji w internecie bądź zaobserwowanie dowolnego portalu informacyjnego, bloggera czy celebryty  to łatwizna. Możemy to robić o każdej porze dnia, zarówno w dni robocze, jak i w niedziele i święta. Fakty, które przeglądamy, są powszechnie dostępne. Bardzo łatwo można zweryfikować uzyskane przez nas informacje (w Ameryce kojarzone pod pojęciem „Fact-Checking”), między innymi przy pomocy osób eksperckich.  Na regałach znajduje się multum gazet czy książek, które każdy  czytelnik i każda czytelniczka może wybrać według własnego uznania. Osoby autorskie tych tytułów mogą pisać o czym chcą, bez obawy przed cenzurą, ani żadnych ograniczeń (chyba, że tych, które związane są  z brakiem pomysłu). Mamy więc, jako społeczeństwo, przywilej dostępu do źródeł wiedzy, chłonięcia jej, a jednocześnie – bycia nieustannie ciekawym świata. Jego utrata może nam poważnie zaszkodzić.

Uświadomiłem to sobie podczas słuchania podcastu „8:10” Gazety Wyborczej, który dotyczył nowo wydanego zbioru reportaży pod tytułem „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki”. W odcinku z 12 sierpnia bieżącego roku  (który polecam wam odsłuchać), Wiktoria Bieliaszyn, redaktorka GW oraz współautorka tej pozycji, opowiadała Bartoszowi T. Wielińskiemu o wyżej wspomnianych osobach dziennikarskich z Białorusi, których warunki pracy w ojczyźnie są, delikatnie mówiąc, bardzo utrudnione. Tego podcastu nie słuchało się łatwo, wręcz przeciwnie – historie, które możemy usłyszeć w tym odcinku są szokujące oraz trudne do wyobrażenia. Wspomniano między innymi Ramana Pratasiewicza oraz Andrzeja Poczobuta, dziennikarzy przetrzymywanych w więzieniach za swoją działalność.

To właśnie wątek tej rozmowy najbardziej mnie przeraził – mowa o kwestii dostępu do rzetelnych informacji, a właściwie jego braku. Większość niezależnych od strony rządzącej mediów, takich jak Nexta, Biełsat czy Nasza Niwa to, według Łukaszenki, organizacje ekstremistyczne. Sprawia to, że nawet za obserwowanie na portalach społecznościowych któregoś z tych mediów, zwyczajnego obywatela może pobić milicja. Szczególnie szokujące są słowa, które pani Bieliaszyn użyła podczas rozmowy: „Nawet posiadanie informacji jest dzisiaj dla Białorusinów niebezpieczne. Nawet nie trzeba nic robić- wystarczy wiedzieć, chcieć posiąść tę wiedzę. Już za samą chęć dowiedzenia się o tym, co się dzieje w kraju, można liczyć się z tym, że trafi się do więzienia”.

Pomyślmy o tym przez chwilę. W tym kontekście widzimy Białorusinów –  nie tylko osoby dziennikarskie, ale też obywatelskie, którym to Łukaszenka, brutalny dyktator, odebrał podstawowe wolności. Tym pierwszym – prawo do dzielenia się informacjami, a drugim – przywilej ich zdobywania.  Reżim knebluje usta mediom, które nie dają rady przekazać podstawowych faktów obywatelom i obywatelkom Białorusi.  Jakakolwiek próba zrobienia tego otwarcie, kończy się brutalnymi pobiciami oraz surowym aresztem. Przez to przeciętny, białoruski „zjadacz chleba” nie dowie się, na przykład, co się dzieje z jednym z członków jego rodziny, którego OMON-owcy pobili, związali, wrzucili do radiowozu i odjechali. Nie może też sprawdzić, jak faktycznie ma się stan jego państwa.

Dlaczego tak się dzieje? Najlepszą odpowiedzią na to pytanie są słowa Stefana Packa: „Durnym narodem rządzi się łatwiej”. Niedoinformowanym społeczeństwem prościej jest manipulować, szybciej zastraszyć, skuteczniej zamknąć usta. Taka osoba obywatelska nie będzie przecież chciała „patrzeć władzy na ręce”, będąc jednocześnie świadoma surowych konsekwencji, a także widząc, przez co przechodzili wcześniej niektórzy „śmiałkowie”.

Ta sytuacja jest bliska również dla nas – Polaków –  z jeszcze jednego względu. Dzień przed publikacją wspomnianego wyżej podcastu, większość sejmowa (w atmosferze skandalu) przegłosowała kontrowersyjną nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji, zwaną potocznie „lex TVN”.  To właśnie ta kontrowersja uświadamia nam, że trzeba wciąż pilnować praw do wolnych i niezależnych mediów, a także walczyć o nie. Zawsze bowiem znajdzie się ktoś, kto będzie chciał zagłuszyć niewygodne informacje i uciszyć nieprzychylną krytykę – nawet, jeśli będzie musiał to zrobić siłą.. A to, zarówno dla osób dziennikarskich, jak i dla nas, zwykłych obywateli i obywatelek, nigdy nie wróży dobrej przyszłości.

Nie marnujmy więc naszego przywileju – bądźmy ciekawi świata, póki możemy. Jeżeli komuś władza knebluje bądź próbuje kneblować usta, stańmy w ich obronie. Brońmy wspólnej – zarówno naszej, jak i wszystkich innych – wolności do wyrażania opinii czy prawa dostępu do informacji. Wspierajmy osoby dziennikarskie, freelancerskie, aktywistyczne, które nie boją się mówić – nieważne czy w Polsce, w Białorusi, czy gdziekolwiek indziej.

Nie milczmy! Ten przywilej jest zbyt cenny na naszą obojętność.

Autor

  • Krakus z urodzenia, uczeń I LO im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie. Pasjonat architektury, polityki lokalnej i zagranicznej, podróży, historii, literatury, muzyki i sportu. W wolnych chwilach szwenda się po ulicach Krakowa, słucha podcastów oraz czyta książki i gazety. Próbuje być pilnym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości oraz zapisywać swoje spostrzeżenia.