Strona główna > Aktualności > Publicystyka > Nie kopać leżącego

Nie kopać leżącego

Niedzielski
Czas czytania: 4 minuty

Byłem w Ryjo, byłem w Bajo, miałem bilet na Hawajo (…) wszystko...

Elektryczne Gitary

Według obecnych danych dotyczących liczby zakażeń Polska powinna przejść do granicy żółtej i czerwonej strefy z początku jesieni. Rząd Zjednoczonej Prawicy wprowadził jednak dodatkowe obostrzenia uderzające w branżę turystyczną. Nie w środku listopada, gdy obłożenie jest najniższe w całym roku, tylko w okresie Sylwestra oraz ferii zimowych. Słusznie?

Sport w hotelarstwie podczas pandemii

Od czasu pierwszych, jesiennych zaostrzeń reżimu sanitarnego w turystyce branża została zmuszona do ćwiczenia gimnastyki z nowymi przepisami. Od jakiegoś czasu jedyną możliwą formą przyjmowania gości stały się pobyty służbowe. Jaka część ze zrealizowanych rezerwacji była rzeczywiście w celach służbowych? Z pewnością nie 100 procent, ale co ma zrobić właściciel obiektu, gdy rząd stawia mu kłody pod nogi? Jedyną formą, która była potrzebna do przyjęcia “pobytu służbowego” było oświadczenie gościa, że w takim właśnie celu przybył do hotelu.

Niektóre firmy dostosowały się do przepisów i starały się za wszelką cenę przetrwać i funkcjonować. Inne, mniejsze przedsiębiorstwa postanowiły, że bardziej opłacalne jest zamknięcie biznesu na czas trwania obostrzeń. Oczywiście, rekiny biznesu oraz duże hotele sobie poradzą. Jednak według danych GUS-u z lipca 2019 roku w Polsce jest ponad 11 tysięcy obiektów noclegowych. Czy każda z tych firm jest duża lub wyjątkowo przedsiębiorcza? Nie wiem, choć się domyślam.

Od morza po Tatry

Na całe szczęście, sezon wysoki nad morzem to przede wszystkim okres od późnej wiosny do wczesnej jesieni. W tym czasie wszystko działało jak należy. Dla wielu przedsiębiorców część roku od października do maja to wychodzenie na zero lub zamrożenie interesów. A więc lipiec, tłumy jadą nad morze. Plaża, mrożona ryba, niepewna pogoda. I to wszystko przepłacone tylko kilkukrotnie. Czego chcieć więcej?

Przedsiębiorcy z pewnością chcieliby przede wszystkim wyjść na swoje. Zajmijmy się letnią stolicą Polski. Niektóre obiekty całoroczne w Trójmieście od rozpoczęcia pandemii nie funkcjonowały przez kilka miesięcy. Wiele z nich nie funkcjonuje dalej, a wszystko związane jest z kolejnymi obostrzeniami. Spadek cen w stosunku do 2019 roku nieraz sięgał 50%. Pomijając odwołanie Open’er Festival, który przyciągał do Trójmiasta największe tłumy, nie odbyło się wiele innych imprez, jak chociażby Finał Ligi Europy w piłce nożnej na Stadionie Energa w Gdańsku, a inne zostały ograniczone do minimum, gdzie przykładem są Mistrzostwa Świata w półmaratonie w Gdyni. Wymieniać tego typy eventy można bez końca. Ale było, minęło, żyjemy dalej.

Weźmy pod uwagę ilość gości z zagranicy w nadmorskich obiektach. We wszystkich miejscach, które zechciały udzielić takiej informacji ilość turystów z zagranicy spadła o kilkadziesiąt procent. Wartość jest wyraźnie spadkowa, a rodzimi turyści nie zawsze są w stanie napędzić gospodarkę w taki sposób, jak goście z zagranicy.

A co z południem Polski?

Narty, Sylwester i skoki w Zakopanem

Tutaj zaczynają się schody. Sezon wysoki u podnóża Tatr trwa znacznie dłużej, niż na północy kraju. Cały pas Karpat korzysta z możliwości, które daje im położenie geograficzne. Nie trzeba zamykać interesu na zimę, a zamiast tego można uraczyć potencjalnych gości atrakcjami zimowymi. Takimi są chociażby stoki narciarskie, kuligi, a nawet śnieg, który w skali kraju stał się dobrem luksusowym.

W gwarze góralskiej na pieniądze mówi się dudki. A kto te dudki na Podhale przywozi? Ano cepry, czyli turyści z innych, często nizinnych regionów Polski. Jednak od 28 grudnia do 17 stycznia przyjmowanie gości będzie nielegalne, nawet w mitycznych celach służbowych. Jak górale mają odkuć się za miesiące stracone przez walkę z pandemią? Nie wiadomo, a rozporządzenia wchodzącego w życie 28. grudnia jak nie było, tak nie ma.

Tutaj rozpoczyna się efekt motyla. Przez brak turystów w zimowej stolicy Polski i jej okolicach traci nie tylko branża hotelarska. Narażone na ogromne straty są stacje narciarskie i wszystkie jej podmioty, branża gastronomiczna (w tym setki, jak nie tysiące mikro stoisk z oscypkami itp. produktami regionalnymi) i praktycznie wszyscy, którzy od lat są przyzwyczajeni do sezonu wysokiego latem i zimą. Potworne straty finansowe dla całego regionu.

Co rząd mógłby zrobić?

Z jednej strony nie chcę bronić rządu i wprowadzanych obostrzeń, z drugiej zaś nie mam zamiaru propagować anarchii czy wolnej amerykanki w czasie epidemii. Mało tego, jestem w stanie zrozumieć zakaz przemieszczania się w Sylwestra. Wszyscy wiemy, jakie tłumy gromadzą się co roku w wielu miejscach publicznych podczas świętowania Nowego Roku. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć dobijania branży turystycznej. Osobiście proponowałbym rozwiązanie polegające na ograniczeniu, a nie całkowitym zamknięciu obiektów noclegowych. Lepszym rozwiązaniem wydaje się górna granica 50% obłożenia, aby – jak w tytule – nie kopać leżącego. Wilk syty, bo coś tam zarobi. Owca cała, bo jakoś pandemii zapobiega.

Bądźmy szczerzy. Ludzie widząc codzienne statystyki zakażeń nabierają poczucia odpowiedzialności i nie rzucają się na łeb, na szyję, aby podróżować. Nie każdy pisze wiadomość w stylu:

Dzień dobry, przyjeżdżam służbowo jak coś ;)))

Zakaz czy zalecenie?

Polakom nie trzeba zakazywać pobytów w obiektach noclegowych. Ostracyzm społeczeństwa naprawdę działa. Nie w stu procentach, nie za każdym razem i nie na każdego. Jednak obłożenie i tak nie jest takie, jakie byłoby w normalnym roku bez epidemii. Wystarczy chcieć ratować branżę, pytać specjalistów i przedsiębiorców o opinię.

W tej chwili zagrożone bankructwem są nie tylko przedsiębiorstwa hotelowe. Zagrożony jest cały łańcuch, który zaczyna się od… turystyki. Dlatego jeszcze raz, Panie Premierze, Panie Ministrze, proszę, nie kopcie leżącego.

Zachęcam do przeczytania innego mojego tekstu Quo Vadis, Polsko?