Strona główna > Aktualności > Publicystyka > Kartka z dziennika obywatelskiego

Kartka z dziennika obywatelskiego

black framed eyeglasses on top of white printing paper

Najpierw te wystąpienia, zupełnie jak z legend i podań seniorów, tylko teraz żyjemy w „demokracji” i ludzie się mniej boją. Potem 13 grudnia 1981 roku – „struktury państwa przestają działać”. Mówię sobie w duchu, że zaczekam jeszcze do 1 listopada. Wtedy najwyżej się spakuję, pojadę gdzieś daleko, a ten nikły kraj będzie znaczył jeszcze mniej niż obecnie w mojej świadomości. I wiecie co – nie pojechałem. Zatrzymał mnie wiatr zmian.

Budząc się rano, oddycham tym świeżym powietrzem, które pierwszy raz od dawna nie przybywa ani ze wschodu, ani z zachodu, a zdaje się być unoszącym się wprost spod nóg orzeźwiającym prądem. Niestety całą przyjemność delektowania się psuje fragment niehigienicznej tkaniny, który trzeba, a może i nie trzeba nosić. Czepiając się jeszcze przyrody, która jest doskonałym lakmusem dla zmian, warto opisać wynurzające się Słońce. To, które góruje nad naszym nieboskłonem. Stało się ostatnimi czasy jakby mniej rażące, a gdy już się wychyli zza kurtyny chmur, jego promienie rozgrzewają w sercach nadzieję.

Prawda, gryzie się to z falą burz, która opanowała cały kraj. Jednak po burzy zawsze nadchodzi spokój, stąd chyba ten blask o poranku. Co niezwykłe, nawet miejsca wiecznie oświetlane jasnością inną niż naturalna, przejęły czerwone gromy. Mianowicie są zakątki, gdzie zawsze jest dzień, zawsze jest pogoda. Ludzie, chodząc tam spać, tracą wiele, zbyt wiele, więc spać przestali. I pracują, biorą udział w czynie, ku dalszemu rozświetlaniu tej niepokonanej siły, jaką jest „Słońce narodu”, czy można pokusić się o stwierdzenie w gruncie rzeczy tożsame – „światłość ludu”. Ta fala wieczornych wyładowań atmosferycznych paraliżuje miasta. Ktoś u góry swoim działaniem posunął się o krok zbyt daleko i ideę prawa życia dla ciężko zdeformowanych, przekłada w czyn większy. Z miast zrobiono inwalidki i inwalidów. I tak na przemian mokną, schną, mokną, schną…

Ludzie nie biedują przecież, nie wiem o co się burzą, jak chleb jest, drogi, bo drogi, ale jeszcze na bochenek miesięcznie sobie pozwolić można, a woda za bezcen spływa z kranu. Zresztą post jest zdrowy, czasy żywności mocno przetworzonej sprzyjają wchłanianiu rozmaitych niepożądanych substancji, które kiedyś trzeba wydalić. Oczekuję jeszcze na zapożyczony z kuchni azjatyckiej przepis na zupę z trawy. To musi być niebo w gębie! A to wszystko dzięki władzy! Tak. Przecież Sobieski to skarb i dziedzictwo narodowe. Ci, którzy stali kiedyś w rządku bardziej na lewo, zniszczą Sobieskiego, tak jak sobie wycierają swoje „zdradzieckie mordy” nazwiskiem zmarłego Brata. Wielkiego Brata. On zawsze patrzy na naród z góry i obserwuje, czasem nie dowierza w to co widzi, ale nie ma już aż takiej władzy, jak zawżdy, więc dużo nie zdziała.

Warszawa nie chce słyszeć o żadnym usuwaniu. Usuwanie się źle kojarzy. Zresztą, co było, to już usunęli. Nie ma ulic, pomników, niedługo nie będzie nawet starych budynków. Pora wybudować miasto po nowemu, ale kogo to obchodzi? Przecież to było Ich, a teraz jesteśmy My. I dobrze, że im tak powiedzieliśmy, zrzucimy na nich winę za to plugastwo. To oni, brudki, niedomytki, roznoszą zarazki. Myśmy musieli im pokazać co to mydło, ale ta zapieczona warstwa odkładanego latami brudu, była zbyt gruba. Tutaj trzeba grubsze działa, najlepiej denaturat, to się dobrze nadaje.

Chciałem dostać się do domu partii, by załatwić sprawy najpilniejsze dla mnie, ale niestety zmoczyło mnie strasznie po drodze. Utknąłem kilka bram dalej. Siedziała tam kobieta w średnim wieku, z koszem przykrytym kocem. Zapytałem się, czy mogłaby go odchylić i pokazać, co tak skrzętnie skrywa. Zobaczyłem. I nie mogłem uwierzyć. Od razu kupiłem połowę tego, co miała. Nagle przestało padać, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a ja, z moją wyładowaną po brzegi książkami siatką, rozpocząłem bieg w kierunku samochodu. Zapomniałem już o ważnych sprawach. Mimo że w Boga nie wierzę, zacząłem się modlić. Modlić o to, by nie zatrzymało mnie do kontroli wojsko. W końcu cała siatka Orwella, Huxley’a i innych heretyków, to dobry powód, by stanąć przed sądem biskupim.

Jak już są na tych ulicach, to trzeba wysłać zawiadomienie, najlepiej do samego Boga, żeby trochę ich publicznie naobrażał. No i wiadomo, tam gdzie jest prawdziwy dom Polski, trzeba wezwać lud do obrony. Niechaj zabierają harpuny i pakują dzidy, trzeba bronić naszych domostw, prawdziwej dumy. Tam, na górze, jest to najważniejsza, bo największe. No i najbardziej dochodowe, ale to już niepotrzebne szczegóły. Po co sobie zaprzątać głowę takimi błahostkami?

Na pomoc wam, prawdziwy narodzie, wyślemy koniki polne i delfiny. One potrafią swoimi mocami nadprzyrodzonymi zatrzymać burzę. A jak nie pójdzie po ich myśli, to zawsze zostają kamienie i syreny – muzyka dla moich uszu. To też z pewnością podziała.

Zimno. Zimno wam. Zajrzyjcie do portfeli, tam będzie opał. I rzeczywiście był. Zostało mi jeszcze kilka milionów, a już jest w domu ciepło. A to wszystko powiedział przemądry knur, który widać było, że właśnie odstąpił od koryta i źródła wody czystej, grzejąc swoje gnaty w stodole. Trzeba się pokusić o odrobinę filozofii i jasno stwierdzić, że nie warto oceniać książki po okładce, jak to przez lata robiono właśnie ze świniami, które w gruncie rzeczy, z naukowego punktu widzenia, są naprawdę inteligentne.

Gdy tak już siedzę zagrzany i najedzony przepyszną wodzianką (w lodówce została mi jeszcze odrobina smalcu) w fotelu, skończyłem oglądać Dziennik, pora najwyższa pójść spać. W końcu od jutra trzeba pracować dla dobra proletariatu. Przyniosłem zawczasu laptopa do pokoju i uruchomiłem program ładowania stali do pieca. Gdy tylko się rano obudzę, będę mógł bezpiecznie pracować. Tak długo, jak długo wytrzyma bateria. Według rozpiski z lodówki jutro przerwa w dostawie prądu. No trudno. O! A to ci ciekawostka. Pojutrze nie będzie Internetu. Wreszcie dwa dni wolnego na czytanie zakupionego przypadkiem Orwella z drugiego obiegu…

***

Pozwoliłem sobie w ten sposób sfabularyzować treść tego artykułu, bo to chyba najlepiej odpowiada absurdowi, którego genezy należy doszukiwać się w początkach marca. Nie, zmieniam zdanie. To dzieje się od 24 maja 2015 roku. Opisana przeze mnie alternatywna rzeczywistość, staje się z dnia na dzień, coraz bardziej realna. I mówię to z niemałym smutkiem, podzielając opinię wielu osób urodzonych po 1989 roku, a także tych, które przyczyniły się do zmian z tamtego czasu.

Cieszę się, że mimo wyraźnie większego zainteresowania niekorzystnym wyrokiem ze strony kobiet, protesty cieszą się poparciem przeważającej części społeczeństwa. Destrukcyjna polityka lat minionych, rozdawnictwo, nepotyzm i wiele innych bolączek, na które przymykano do tej pory oczy, przeważyły szalę. Ludzie właśnie byli tą ślepą Artemidą, tyle że nagle ściągnęli opaski z oczu i trzeźwo oceniają, co widzą. Wreszcie ukazał im się balans szali kamieni i szali rozpusty. Oczywiście, popełniono wiele błędów, nie należy bowiem walczyć na kilka frontów (chodzi mi tutaj o ataki na kościoły, to może poczekać), a wszystkie siły skupić na jedno, trafne i decydujące uderzenie. Uderzenie, które zepchnie w przepaść nienormalność i absurd, zmieniając piękny kraj pięknych ludzi w twór u podstaw normalny. Niechaj tylko wszyscy przeciwnicy władzy, pamiętają przesłanie Jacka Kaczmarskiego z „Murów”. Ostatnia, znienawidzona w latach 80. zwrotka, już raz znalazła swój finał, który rozgrywa się właśnie teraz. Niech następnego doczekają dopiero kolejne pokolenia bakcyli choroby przenoszonej drogą płciową.