Strona główna > Aktualności > Publicystyka > Jak umierają Polacy? O tym jak “zapada się” system ochrony zdrowia.

Jak umierają Polacy? O tym jak “zapada się” system ochrony zdrowia.

Czas czytania: 4 minuty

Rok 2020. Polska. W Sulikowie na Dolnym Śląsku w nagłą śpiączkę zapada 17-letni Bartek. Tak szybko, jak to możliwe zjawia się zespół ratownictwa medycznego, na miejscu jednak rozpoznaje się podejrzenie zakażenia koronawirusem. Tym sposobem Bartek będzie przez 10 godzin transportowany od placówki do placówki, gdzie dopiero w Bolesławcu okaże się, że to nie COVID-19, a ropień śródczaszkowy.

Tam jednak nie mogą mu pomóc. W sumie po 10 godzinach od wezwania karetki Bartek trafi na salę operacyjną w Legnicy (1,5 godziny od miejsca zamieszkania), gdzie niestety umrze niedługo po operacji…

Zaglądając w liczby, można się pokusić o druzgocące stwierdzenie, że podobnych ofiar przypadków (błędów proceduralnych, sparaliżowanych i niewydolnych szpitali) jest znacznie więcej, jednak zdają się nie cieszyć taką medialną uwagą jak ofiary koronawirusa…

Śmiertelne żniwo

Wiele wskazuje na to, że ubiegły miesiąc (pod względem liczby zgonów) był jednym z najczarniejszych miesięcy w powojennej historii naszego kraju. W listopadzie tego roku zmarło ponad 60 tys. osób (w tym 11,5 tys. z tytułu COVID-19) i jest to olbrzymi, niemal stuprocentowy skok względem listopada roku poprzedniego, gdzie zmarło ok. 30 tys. osób.

Polska czołówką Europy

Zestawiając dane zgonów tylko od marca do początku listopada, bez uwzględnienia danych zgonów COVID-19, wyłania się przykry obraz stawiający nas w gronie trzech najgorszych krajów Europy. Zgonów bez uwzględnienia koronawirusa było u nas o 6,4 proc. więcej. Co przekłada się na ok. 17 tys. nadprogramowych zgonów.

Gorsze dane w Europie mają tylko: Hiszpania (wzrost o 11,7 proc.) i Portugalia (6,9 proc.). Zaraz za nami jest Malta (5,3 proc.), a potem jeszcze Włochy (5,1 proc.) oraz Wielka Brytania i Litwa (wzrost po 5 proc.).
Na naszych oczach realizuje się tym samym scenariusz w drastyczny sposób eksponujący problemy, z jakimi zmaga się NFZ od początku III RP, a z którym to żadne rządy nie były sobie w stanie poradzić.

Coraz głośniej powinno się mówić o tym, że czas na przystosowanie (mocno nadwyrężonego już) systemu opieki zdrowotnej do nowych wyzwań został zatracony, a optyka skierowana na leczeniu jednej choroby będzie nieść za sobą fatalne konsekwencje.

„Model Szwedzki”

Dane Eurostatu rzucają nam również światło na nieco inny, szeroko komentowany model walki z pandemią. Dotychczasowa metoda Szwedów opierała się na rekomendacjach, aniżeli na zakazach. Na wiosnę nie wprowadzono tam także lockdownu, decydując się jedynie na ograniczenia publicznych zgromadzeń. 

W porównaniu z poprzednimi latami, okazuje się, że w Szwecji (wyłączając śmiertelne przypadki COVID-19) zgonów było o 1,5 proc. mniej w porównaniu ze średnią z dwóch poprzednich lat. W takim zastawianiu przoduje Islandia (-2,5 proc.), Serbia (-2,3 proc.), ale dobrym wynikiem cieszy się także m.in. Dania (-2,0 proc.), czy Niemcy (-0,5) – wszędzie tam umarło mniej ludzi niż średnio w tym samym okresie w latach 2018-2019, co pozwala przypuszczać, że nie było żadnych innych, pobocznych czynników mogących zwiększać śmiertelność Europie.

Mimo że w Szwecji nie uniknięto kwartalnych, rekordowych spadków PKB (wszak logiczne jest, że gdy globalna gospodarka się zamyka to na próżno oczekiwać, że jest się w stanie przejść przez to niezauważalnie) to rządowe działania stymulacyjne oraz ożywienie eksportu pomogły osiągnąć wzrost gospodarczy w trzecim kwartale. Zapowiada się też na to, że liczba bankructw szwedzkich spółek będzie w tym roku niższa niż w 2019 r.

Szwedzkie podejście do zagrożenia koronawirusem zdaje się mieć jednak słodko-gorzki rezultat. Szwedzkie władze dzisiaj otarcie mówią o tym, że nie do końca sprostały wyzwaniom, że nie zapewniono dostatecznego bezpieczeństwa seniorom oraz że nie doceniono zagrożenia.

Wszelkiego rodzaju porównania modelowe mają ten problem, że rzadko kiedy uwzględniają nieraz skrajnie różne warunki, z jakimi do czynienia mają przymierzane kraje. Takie jak gęstość zaludnienia, klimat, kultura i zwyczaje, czy nawet zaufanie społeczeństwa do władzy.

Tego rodzaju zagrożenie to dla współczesnego świata nowość i dopiero perspektywa czasu pokaże, jaka taktyka była bardziej skuteczna.

Po pierwsze, nie szkodzić – również sobie samemu

„Szwedzkie” podejście do problemu, zapewne m.in. dzięki zaufaniu wobec władzy czy skrupulatności mieszkańców przyczyniło się do tamtejszej, mniejszej ilości zgonów poza-covidowych.

W Polsce zaś szacuje się, że ilość diagnozowanych nowotworów mogła spaść u nas nawet o ok. 30 proc., wśród zmarłych są także z pewnością ofiary niewykrytych odpowiednio wcześnie chorób przewlekłych, czy też tacy, którzy pomocy nie otrzymali na czas, lub ich zabiegi zostały zwyczajnie opóźnione.

Władza relatywnie od niedawna (zapewne spoglądając na te dane) próbuje się zreflektować, przypominając o tym, że badać się niezmiennie trzeba. Jednak zasiane w świadomości ludzi ziarno paniki i niepokoju zdało się już dawno wykiełkować i w połączeniu z chaosem i krótkowzrocznością ludzi decyzyjnych również tutaj może nasuwać się mało odpowiedzialna myśl na zasadzie: „jakoś to będzie”.

Na podstawie danych: GUS, Eurostat
Przy pomocy: gazetaprawna.pl, businessinsider.pl