Strona główna > Aktualności > Polityka > „Energetyczny fajnizm”, a wyzwanie transformacji energetycznej.

„Energetyczny fajnizm”, a wyzwanie transformacji energetycznej.

Czas czytania: 3 min.

„Energetyczny fajnizm” zdaje się na dobre zapanowywać w polskiej polityce. Czym jest? Najpewniej odpowiedzią na społeczne poruszenie wobec jednego z największych wyzwań dla naszej (stosunkowo młodej) państwowości, czyli na konieczność transformacji energetycznej. Nie trzeba od dawna obserwować realiów polskiej debaty publicznej, by zauważyć jej zależności i to, że na nad wyraz często wypełniona jest ona licznym, odstającym od realiów populizmem. Nie inaczej jest i w tym wypadku.

Postacie politycznej ekstraklasy wynoszące na sztandary kwestie dot. szeroko pojętej transformacji energetycznej, zdają się często posiadać niezdrową tendencję do bezrefleksyjnego forsowania jednej, konkretnej wizji polityki energetycznej, nieważne jak bardzo oderwana od realiów by nie była. W „Energetycznym fajnizmie” bez wątpienia bryluje Robert Biedroń snujący obawy nt. energetyki atomowej na podstawie serialu HBO „Czarnobyl”, czy Szymon Hołownia uznający atom za „przestarzały”, afirmując absolutną wyższość niestabilnych źródeł energii.

Tymczasem transformacja energetyczna jest znacznie szerszym wyzwaniem, przed którym, tak czy inaczej, będziemy musieli stanąć. Od strony UE zmusi nas do tego „Europejski Zielony Ład”, ambitny plan neutralności klimatycznej do 2050 r. Z innej zaś strony coraz mniejsza opłacalność wydobycia polskiego węgla. Wbrew temu, co niektórzy chcieliby myśleć, nie ma tutaj uniwersalnego panaceum, a na pewno nie jest nim wyłącznie zielona energia.

Problematyka polskiego węgla.

Nie tak dawno opinię publiczną uderzył zdumiewający fakt o 10 mln ton węgla sprowadzanego rok do roku z Rosji – zdumiewający, albowiem w świadomości ogółu króluje proste przekonanie o mnogości tego surowca w naszym kraju. Od tego prostego założenia prosta droga do szukania „politycznych spisków” czy innych przeinaczeń. Problem wydaje się jednak dużo prostszy, polski węgiel najzwyczajniej przegrywa na rynku.

Można sobie zadać pytanie: „jak to się dzieje, że w kraju z jednymi z największych zasobów węgla kamiennego w Europie opłaca się go sprowadzać licznie nie tylko z Rosji, ale i z odległej Australii, Kolumbii czy nawet Mozambiku?” Powodem niska kaloryczność oraz jakość polskiego surowca, którego spalanie generuje więcej CO2, co z kolei przekłada się na większe koszta.

Udział węgla w polskiej energetyce to ok. 70%, co prawda udział ten systematycznie spada, jednakże warto sobie zadać pytanie „dlaczego udział ten powinien spadać możliwie jak najszybciej?” Nie tylko coraz mniejsza opłacalność wydobycia. W dobie obecnych realiów geopolitycznych (forsowanych, chociażby pod mianem „Europejskiego Zielonego Ładu”) wprost pcha nas się w realia, w których energetyka oparta na węglu zrobi z naszego kraju „chłopca do bicia” względem zielonych, unijnych ambicji. Aż 89 proc. Polaków wyraża aprobatę dla obecności Polski w UE. Zakładając (realistyczny) scenariusz pozostania w Unii Europejskiej, tym bardziej wydaje się to konieczne.

Konieczna ewolucja

Transformacja energetyczna jest wobec tego czymś koniecznym, jednakże wizja nowej energetycznej rzeczywistości powinna być wykoncypowana na bazie podejścia poniekąd podobnego jak do uzbrojenia wojskowego. Dokonując zakupów wojskowych, nie szykujemy się przecież stricte do wojny, lecz jedynie rozszerzamy nasz potencjał obronny naszego kraju. Potencjał militarny powinien być jednym z elementów budujących stabilność kraju – z energetyką jest otóż podobnie! Łatwo jest snuć fantasmagorie na bazie osobistych dogmatów i nierozsądnych uprzedzeń, rzeczywistość wymaga jednak od nas tego, by podejść do sprawy po prostu racjonalnie.
Jak zatem powinna wyglądać ona wyglądać?

Z pewnością jest się na kim wzorować; Francja i jej energetyka oparta na atomie, osiągająca jedną z najniższych emisyjności w EU, Szwecja i odnawialne źródła energii… wszystko to brzmi dobrze, jednak żadnego takiego modelu nie można przeszczepić z powodzeniem 1:1. Osobiście jestem zwolennikiem hybrydowego podejścia na bazie wykorzystania zarówno energetyki atomowej, jak i (mniej stabilnych) odnawialnych źródeł energii.

Niemniej trzeba się pogodzić z tym, że będziemy zmuszeni wypracować własną przemianę i własny model, który pozwoli nam zapewnić stabilność energetyczną na pokolenia.

Porażka polskiego podejścia

Wszystko to wydaje się brzmieć wyjątkowo komicznie, kiedy zdamy sobie sprawę z natury polskiej polityki, a właściwie z jednego z jej największych problemów. Kwestia transformacji energetycznej to plan na dekady, a nie kadencje. Największą bolączką tego typu założeń jest jednak smutny fakt, że w naszej kulturze politycznej nie ma tendencji do uznawania ponadpartyjnych spraw i planów, realizowanych konsekwentnie niezależnie od ekipy rządzącej. Gdybym był złośliwy, zapewne bym się zreflektował, że jedynym takim, realizowanym ponadpartyjnie założeniem, jest zapewne nepotyzm, „kolesiostwo” i „rodzina na swoim” – jednakże złośliwy nie jestem, także tak nie powiem.

Świetnym przykładem jest tutaj jednak polski atom i pierwsza Polska elektrownia atomowa, która… nie powstała. Miała zostać (planowo) oddana do użytku w ubiegłym roku. Jak to się skończyło? Od 2009 r. i planów ekipy Donalda Tuska minęło 12 lat, wydano ponad 700 mln zł, a finalnie dalej stoimy w miejscu, gdzie nowa ekipa kreśli swoje (nowe) jądrowe plany…

 

 

Autor

  • Działacz na rzecz budowy dojrzałego społeczeństwa obywatelskiego, inicjator powołania struktur ideowej wolności w rodzimej Jeleniej Górze, prezes okręgu Jelenia Góra-Legnica Młodych dla Wolności, wolontariusz Młodzieżowego Sejmiku Województwa Dolnośląskiego, redaktor i grafik Kongresów.