Demokracja praktyk, praktyka demokracji

Jakub Mrówka

Stowarzyszenie Demokracja w Praktyce

Jako społeczeństwo rozwinęliśmy skomplikowany system „obsługi demokracji”. Potrafimy przeliczać głosy na mandaty, zawiązywać partie i delegować reprezentantów. Przerzucamy cały ciężar „demokratyczności” ustroju na wcześniej wyznaczone organy wybierane raz na cztery lata. Po co nam więc ulica?

Marcowe rozporządzenia Rady Ministrów dotyczyły walki z epidemią coraz bardziej ogarniającą nasz kraj. Jedno z nich delegalizowało wszystkie zgromadzenia publiczne, a aparat władzy dotkliwie karał wszelkie objawy niesubordynacji. Kolejne manifestacje przetaczały się przez większe miasta, niosąc hasła „rząd zabiera nam naszą wolność”. Partia Zieloni, będąca częścią Koalicji Obywatelskiej, wystosowała pismo, w którym domagała się natychmiastowego uchylenia zakazu. Przyzwolenie na zgromadzenia publiczne było jedną z najbardziej oczekiwanych decyzji w ramach uchylania obostrzeń. Fenomen ulicy wciąż masowo przebijał się do zbiorowej wyobraźni Polek i Polaków. Aby go zrozumieć, musimy cofnąć się o wiele setek lat wstecz i tysiące kilometrów na południe.

Najpierw była agora. Ateński rynek, na którym każdy (oczywiście spełniający określone warunki) obywatel polis mógł zabrać głos i wyrazić zdanie odnośnie kwestii bieżących. Decyzje podejmowano wspólnie, wspólnie też ponoszono ich konsekwencje. Demokracja rozpoczęła się na kamiennym klepisku, a jej rozwój poprzez wieki charakteryzował się obsługiwaniem coraz większej liczby obywateli i coraz większym zaawansowaniem systemowym demokracji. Skutkiem tego są obecne demokracje parlamentarne, które prawie niczym nie przypominają bezpośredniego głosowania na ateńskim rynku. Uniesienie ręki i policzenie głosów zastąpiły funkcje delegackie, ordynacje wyborcze, regulaminy ustawodawstwa i setki stron praw niezrozumiałych dla zwykłego obywatela. Okresowe głosowanie stało się tak naprawdę tylko dodatkiem do tego skomplikowanego systemu – wentylem bezpieczeństwa mówiącym „nic o was bez was”.

Źródło: Pixabay.

Trzecie prawo Clarke’a twierdzi, że „każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”. Na stole leży mój telefon. Nie mam pojęcia, jak został wyprodukowany ani jak tworzy się do niego oprogramowanie. Wiem, że jeżeli dotknę ekranu w odpowiedni sposób, zareaguje on w odpowiedni sposób. To, co dzieje się pomiędzy dotknięciem, podzespołami, serwerami aplikacji a wyświetlaczem, nie interesuje mnie. Jest czystą magią.

Podobnie działa demokratyczny ustrój. Co 4 lata wprowadzamy do niego konkretne dane. Później skomplikowana legislatywa sama nadaje bieg państwu. Nie jesteśmy w stanie obsługiwać całego systemu jako pojedyncze jednostki, tak samo jak pojedynczy inżynier nie jest w stanie wyprodukować całego telefonu. Głosujemy, a magia sprawia, że nasze interesy są reprezentowane w Sejmie. Staje się to niemal rytualne, wierzymy w głos, tak jak osoby wierzące wierzą w sakramenty. Odczuwamy demokrację na poziomie rytualnym, bo poziom legislacyjny już dawno nas przerósł.

Źródło: Pixabay.

I w tym momencie musi pojawić się kontra. Zwrócenie się do korzeni. Romantyczny powrót do złotych czasów, gdy głos nie oznaczał uruchomienia prawnej maszyny, lecz bezpośrednie zajęcie stanowiska w określonej sprawie. Agorę zmieńmy na ulicę i otrzymamy to, do czego tęsknili wykluczeni spoza systemu, radykałowie, osoby, których interesy zostały zagubione wśród trybów gargantuicznego systemu. Ulica nie dała aktywistom mnożników do głosów, nie przepchnęła ustawy w trybie przyspieszonym. Pozwoliła na coś o wiele rzadziej spotykanego w obecnej polityce – na bezpośredniość, autentyczność, dała poglądom twarz zwykłego człowieka, młodej aktywistki, sfrustrowanego emeryta. Pozwoliła na praktykowanie demokracji, nie bierne odcinanie kuponów od głosowania, ale czynne kreowanie dyskursu i manifestację obranego stanowiska.

Bo demokracja nie oznacza tylko uczciwego głosowania i pluralizmu w Sejmie. Oznacza również praktyki, za pomocą których uczestniczymy w rozwoju świadomego, znającego swoje prawa, aktywnego społeczeństwa. Trenujmy więc demokrację tak, jak trenujemy bieganie czy crossfit. Spotkajmy się. Na ulicy.