Strona główna > Aktualności > Młodzieżówki > Czy Bałtyk faktycznie umiera?

Czy Bałtyk faktycznie umiera?

orange fish on gray surface
Czas czytania: 3 minuty

Pod koniec ubiegłego roku media alarmowały o katastrofalnym stanie Morza Bałtyckiego. Oczywiście nie był to pierwszy raz, gdy informowano nas, że ze stanem wód w Bałtyku nie jest dobrze. Co więc spowodowało takie poruszenie? 

Główną przyczyną tej „burzy”, była przeprowadzona przez Najwyższą Izbę Kontroli kontrola działań podejmowanych przez organy państwa w celu przeciwdziałania zagrożeniom związanym z zaleganiem materiałów niebezpiecznych na dnie Morza Bałtyckiego. Kontrolerzy NIK postanowili w szczególności zbadać czy ówczesny Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej (MGMiŻŚ) i organy mu podległe, a także nieistniejące już Ministerstwo Środowiska (MŚ) i Główny Inspektor Ochrony Środowiska (GIOŚ), mają pomysł na rozwiązanie kwestii identyfikacji i unieszkodliwienia materiałów stanowiących potencjalne zagrożenia ekologiczne, zatopionych w polskiej strefie ekonomicznej Morza Bałtyckiego.  

Na wstępie należy zaznaczyć, że poza samym problemem identyfikacji miejsc zalegania na dnie Bałtyku materiałów niebezpiecznych, nie wiemy również, kto powinien za to odpowiadać. Zarówno MGMiŻŚ, jak i MŚ oraz GIOŚ przerzucały się odpowiedzialnością. MGMiŻŚ twierdził, że ponieważ sprawa dotyczy zagrożenia środowiskowego, powinno zająć się nim MŚ i GIOŚ. MŚ i GIOŚ z kolei uważały, że ze względu, na obszar jakiego to dotyczy, właściwym organem był MGMiŻŚ. Zasadne wydaje się więc pytanie, jak będzie wyglądała sytuacja po połączeniu obydwu ministerstw i stworzeniu z nich Ministerstwa Klimatu i Środowiska (6 października 2020 r.)? Ponieważ problem jest niezwykle palący i złożony, to utworzenie MKiŚ powinno pozytywnie wpłynąć na kompleksowe rozwiązanie kwestii zaleganiem materiałów niebezpiecznych na dnie Morza Bałtyckiego. 

Niektórzy jednak spytają, czy to faktycznie jest problem? Przecież wraki statków leżą na dnie każdego morza i oceanu od dziesiątków, czy nawet setek lat. Jednak pamiętajmy, że w naszym przypadku mówimy nie tylko o wrakach, ale także o licznych niewybuchach (miny, bomby) oraz o zatopionej broni chemicznej. 

Każdy, kto śledzi temat, wie, że w ostatnich latach niestety nie podjęto żadnych kroków w celu kompleksowej identyfikacji materiałów niebezpiecznych (ilość i rodzaj) zatopionych w polskich obszarach morskich, pomimo potwierdzonych naukowo zagrożeń związanych z bojowymi środkami trującymi, paliwem i substancjami ropopochodnymi oraz produktami ich rozpadu. Najgroźniejsze z nich pochodzą z okresu II wojny światowej m.in. z wraków statków Stuttgart i Franken. Niestety z pierwszego już dziś wydobywa się paliwo natomiast drugi, z powodu korozji, może zapaść się w każdej chwili i spowodować ogromną katastrofę ekologiczną. Szacuje się, że w zbiornikach statku Franken może znajdować się co najmniej 1,5 mln litrów mazutu i innych paliw. Kolejnym problemem są masowo zatapiane po II wojnie światowej bojowe środki trujące. Uważano wówczas, że ich zatapianie i zakopywanie to najtańsze sposoby na pozbycie się kłopotliwych, wojennych pozostałości. I choć i w tym przypadku możemy tylko szacować ile faktycznie broni chemicznej i amunicji znajduje się na dnie Bałtyku, to wg oceny specjalistów mówimy tu o ilościach od 50 do 100 tys. ton.

Skoro, choć w paru przypadkach wiemy, co i gdzie leży, to dlaczego nic z tym nie robimy? 

Niestety do dzisiaj nie opracowano żadnych planów działań czy wytycznych oraz nie zapewniono finansowania terenowym organom administracji morskiej, które powinny zająć się oszacowaniem zagrożenia. Nie podjęto również żadnych działań w już rozpoznanych miejscach zalegania bojowych środków trujących i wraków zawierających m.in. paliwa ciężkie. 

Pamiętajmy, że nie jest to problem, który „urodził się” kilka lat temu. Na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat wielokrotnie mieliśmy do czynienia z niebezpiecznymi znaleziskami w sieciach rybaków, czy na plażach. Do najgroźniejszego doszło w 1955 r., gdy w wyniku styczności z iperytem poparzeniu uległo 102 dzieci, z czego czworo straciło wzrok. Wypadki na skutek styczności z niebezpiecznymi materiałami zalegającymi na dnie Bałtyku zdarzają się regularnie zarówno na polskich, jak i niemieckich plażach.

Skutki widać także w środowisku. Już dziś rybacy wyławiają, nie tylko dużo mniejsze niż przed kilkunastoma laty okazy dorszy, to zdarzają się wśród nich osobniki poparzone i poranione. Choć nie wiadomo dokładnie, co jest tego bezpośrednią przyczyną, to sami rybacy podejrzewają, że mogą być to zalegające na dnie Bałtyku zbiorniki z substancjami niebezpiecznymi.

Pamiętajmy, że od zakończenia II wojny światowej minęło 75 lat. Czas oraz woda morska są nieubłagane. Korodowanie pojemników z substancjami niebezpiecznymi jest ogromnym zagrożeniem, którego nie możemy dalej odwlekać. I choć nie wiemy, czy ich korozja zajmie 100, czy 150 lat, to wcześniej czy później miliony ton zanieczyszczeń zostanie uwolnione do wód Bałtyku, co może zniszczyć życie nawet na 100 lat. 

Informacja o wynikach kontroli dot. przeciwdziałania zagrożeniom wynikającym z zalegania materiałów niebezpiecznych na dnie Morza Bałtyckiego została opublikowana 30 maja 2020 r. Szczegółowe ustalenia kontrolerów NIK opiszemy w kolejnym artykule.

Jakub Bojanowski – Ostra Zieleń