Strona główna > Aktualności > Publicystyka > Chłopski rozum

Chłopski rozum

Czas czytania: 9 min.

Jako że ledwo zacząłem studia, zupełnie na świeżo pamiętam mentalność, jaką od najmłodszych lat wdrażało mi zarówno rodzinne wychowanie, jak i środowisko, w którym dorastałem. Pamiętam, jak rodzice i nauczyciele wbijali mi do głowy kult ciężkiej pracy i bycia najlepszym. Rówieśnicy rywalizowali zaś ze sobą o atrakcyjność dla dziewczyn, o najlepszy dowcip, o tytuł najlepszego piłkarza na boisku. W piłkę grałem zresztą parę dobrych lat i również brałem udział w tej samonapędzającej się rywalizacji. Dzika, podwórkowa hierarchiczność zdefiniowała mój okres dojrzewania. Czasami dostarczała mnóstwo radości, często wręcz przeciwnie.

W kontekście tego artykułu, szczególnie istotny jest wątek sportu. Sport i popularne w środowisku sportowym – zwłaszcza tym juniorskim – schematy myślenia wydają mi się być ciekawym i dość miarodajnym narzędziem do analizowania popularności Konfederacji, która osiąga duże rozmiary zwłaszcza wśród młodych chłopaków. To, co przez lata bez krytycznego osądu obserwowałem na podwórku, wydaje mi się bliźniaczo podobne, do tego, co widzę teraz w świecie deklaratywnie poważnej polityki. Wystarczy podmienić dziedzinę.

 

KARTA Z ULUBIONYM POLITYKIEM

Pamiętacie karty z piłkarzami, które chłopcy wymieniali między sobą na każdej przerwie? Podrabiane, tanie koszulki z nazwiskami piłkarskich idoli? Pamiętacie tego 11-letniego Kubę z waszej klasy, który zarówno fryzurą, jak i stylem biegania podczas gry mniej lub bardziej świadomie naśladował czy to Christiano Ronaldo, czy to Leo Messiego?

Jeśli zapomnieliście – spójrzcie na tych samych chłopaków w wieku lat siedemnastu. Kariera sportowa z jakichś powodów się nie udała. Trzeba więc było znaleźć inne hobby, inną dziedzinę, w której można by rywalizować z innymi i czuć się lepszym. Żel na włosach, jako nieodłączny znak wysokiego statusu (lub mniemania o swoim wysokim statusie), jest oczywiście dalej obecny. Piłkarską koszulkę z numerem siedem zastąpił jednak garnitur o numer za duży, a ulubioną drużynę piłkarską – ulubiona drużyna polityczna i jej poszczególni zawodnicy.

„Zawodnicy” Konfederacji to oczywiście głównie stosunkowo młodzi mężczyźni, zróżnicowani pod względem image’u, co dodatkowo ułatwia identyfikację młodym chłopakom. Jest Artur Dziambor, ten pełen poczucia humoru kumpel, którego każdy lubi i który z racji swej pokaźnej tuszy stoi na bramce. Jest dwóch obrońców – obrońców normalności. Pierwszy to obrońca wartości chrześcijańskich i Najświętszego Serca Jezusowego, Grzegorz Braun. Obrońca wielki duchem (świętym), a więc siłą rzeczy skłonny do ostrych zagrań. Bije rekordy w ilości czerwonych kartek, po których musi zejść do szatni. Drugi to oczywiście prawdziwa legenda klubu, Janusz Korwin Mikke. Człowiek, od którego wszystko się zaczęło i który wychował całe pokolenie swoich następców. Drużyna jest oczywiście świadoma, że lata już nie te i stary dobry król boiska minie się czasem z piłką współczesności w kwestii takich tematów jak edukacja seksualna czy kryzys klimatyczny. W kluczowych meczach, takich jak wybory, trzyma się go więc na ławce. Jednak gdy uda się dostać do sejmu, to on trzyma zwycięski puchar i wygłasza płomienną przemowę. Piłkę rozgrywają dwaj doświadczeni pomocnicy o doskonałych podaniach. Jacek Wilk, Poważny Ekonomista i Prawnik poda cwany sposób jak ograć system i uniknąć spisu powszechnego. Pomocnik nr 2, Dobromir Sośnierz, najchętniej poda jakieś niesamowicie wiarygodne fakty na temat pedofilii wśród homoseksualistów. Są i dwaj napastnicy – ekonomiczny drybler, z łatwością „kiwający” socjalistów Sławomir Mentzen oraz Kapitan Krzysztof Bosak, polski patriota, dobry chłopak z sąsiedztwa.

Żarty żartami, ale muszę przyznać, że w trafność tego porównania szczerze wierzę. Taka zbieranina w większości młodych mężczyzn to na poły coś w rodzaju opisanej powyżej drużyny sportowej, w której każdy „unikalny” zawodnik ma swoją funkcję, na poły zaś grupa Power Rangers – tych Power Rangers, których oglądaliśmy w świetlicy przedszkolnej, kłócąc się, kto jest jakim kolorem. Siłą rzeczy rozbudza to wszystko wyobraźnię młodych chłopaków. Popycha ich do wyobrażania sobie siebie w przyszłości już nie jako przyszłych piłkarzy Barcelony, a przyszłych polityków Konfederacji, wraz z Bosakiem i Mentzenem w eleganckich garniturach orających lewactwo. Słowem – do czucia się częścią pewnej Drużyny.

 

ZACISKANIE ZĘBÓW, ZACISKANIE PASA

Oczywiście nie tylko wyjątkowo męski na tle reszty sił politycznych skład przyciąga młodych chłopaków do Konfederacji. Czynnikiem najważniejszym pozostaje odwoływanie się dokładnie do tych wartości, które w kontekście tego, jak większość z nich była wychowana, są najbardziej intuicyjne.

Od najmłodszych lat sprzedaje się nam dostosowaną do dziecięcego wieku, ale szalenie upraszczającą opowieść, zgodnie z którą ciężka praca zawsze przynosi korzyści, a brak wystarczających sukcesów najczęściej spowodowany jest niedostatecznym staraniem się. To uproszczenie ma oczywiście swoje plusy i podbudowuje wiarę w siebie niektórych dzieci. Od początku czyni je jednak osobami mniej wrażliwymi na innych. Ten sposób myślenia popularny jest już w szkole, której ostro nastawiony na rywalizację system kładzie nacisk raczej na eksponowanie różnic między uczniami niż ich zacieranie.

Największą intensywność osiąga jednak – po raz kolejny – w sporcie. Także we wspomnianej piłce nożnej, ale w większej mierze w sportach siłowych. Na Youtubie karierę robią filmiki przedstawiające zmiany sylwetki młodych chłopaków w ciągu kilku lat treningów. Eksponuje się historie o błyskawicznych redukcjach dziesiątek kilogramów, o pewności siebie nabytej poprzez treningi, o pasji i byciu zafiksowanym na celu. Słowem – o drodze od zera do bohatera.

Chłopaki z podwórka nie mają możliwości zetknięcia się z krytyką bądź ze zniuansowaniem tej opowieści. Wpływ czynników zewnętrznych na to, jakie ostatecznie wyniki osiągamy, to kwestia niemal przemilczana w toku edukacji. Zupełnie nie jesteśmy uodparniani na kluczowe dla naszego zniekształconego postrzegania rzeczywistości złudzenie poznawcze zwaną Hipotezą Sprawiedliwego Świata (ang. Just World Hipothesis). Niby wiemy, że świat nie jest sprawiedliwy i nie zawsze wygrywają najlepsi lub najbardziej szlachetni, ale intuicyjnie wciąż tak myślimy. Priorytet dbania o zdrowie psychiczne zamiast parcia do przodu w szaleńczym wyścigu również nie jest nijak rozpowszechniany. Chłopaki z podwórka wchodzą w dorosłość, bezkrytycznie akceptując opowieść o pewnym sukcesie, a Konfederacja jest jedyną siłą polityczną otwarcie (i wręcz bezczelnie!) promującą ten upraszczający model.

 

KAPITAN PRZEDSIĘBIORCA

Oprócz Hipotezy Sprawiedliwego Świata chłopaków z podwórka charakteryzuje jeszcze jedna poważna choroba – kurczowe przywiązanie do tradycyjnego modelu męskości. Również wbijane od najmłodszych lat, choćby za pomocą wyrażeń obecnych w języku („bądź mężczyzną”).

Problem toksycznej męskości został wielokrotnie opisany przez progresywne i lewicowe środowiska. Nie będę go tu teraz wałkował. Warto jednak zauważyć, że to przekonanie każdego chłopaka z podwórka o tym, że to on musi być nie tylko najlepszy, ale i najbardziej zauważalny, również gładko przechodzi z gry w piłkę w grę w politykę. 11-letni Kuba z początku historii, w podstawówce chciał być kapitanem drużyny i napastnikiem. Teraz ma w planach bycie również kapitanem, tyle że przedsiębiorstwa, na które będzie grała cała drużyna lojalnych pracowników. Jasne – bez tychże pracowników nie zrobiłby wiele. Jest im dozgonnie wdzięczny za pomoc w osiągnięciu sukcesu. Jednak od początku do końca chodzi tu oczywiście przede wszystkim o niego. O to, by to on był „na szpicy” systemu i popychał go do przodu.

17-letni dziś Kuba jest przekonany nie tylko, że bardzo chce pełnić w przyszłości właśnie taką pierwszoplanową rolę. On jest całkowicie przekonany, że taką właśnie rolę pełnić na pewno  b ę d z i e. Nie przychodzi mu na myśl, że noga może mu się powinąć, że mogą go spotkać życiowe komplikacje, którym nie będzie w stanie sprostać, że cokolwiek może pójść nie po jego myśli. A już na pewno, ależ absolutnie, nie przychodzi mu do głowy, że może wcale nie być tak sprytny i przedsiębiorczy, za jakiego się uważa. Wyższość nad rówieśnikami jest dla niego oczywista, a już na pewno nad głupią i leniwą Julką z klasy II B.

Brak podstawowej edukacji psychologicznej w polskich szkołach ujawnia się również tutaj i znów ma fatalne konsekwencje. Tak jak większość ludzi mylnie uważa świat za sprawiedliwy, tak jeszcze większa część uważa się za ponadprzeciętnych, zwłaszcza w ważnych dla siebie dziedzinach. Ponadprzeciętnie moralnych, ponadprzeciętnie sprytnych, ponadprzeciętnie inteligentnych. Badania nad złudzeniem ponadprzeciętności pokazują, że 80% kierowców zalicza samych siebie do najlepszych 30%, a 60% studentów sądzi, że jest w górnych 10%, jeśli chodzi o umiejętność nawiązywania przyjaźni.

Kuba – chłopak z podwórka – pada ofiarą tego zniekształcenia jak wszyscy inni. Ale w jego przypadku jest ono jeszcze wzmocnione. Kultura toksycznej męskości, jaka ukształtowała Kubę, zapętla się tu w spirali z Hipotezą Sprawiedliwego Świata i popycha go do czucia pogardy wobec tych, którym się nie udało/nie udaje/nie uda w życiu. Kuba nie tyle po prostu nie postrzega siebie jako potencjalnej ofiary – on się rękami i nogami broni przed samą możliwością tego, że mógłby się tak postrzegać. Przyznanie się do słabości oznaczałoby dla niego gigantyczny emocjonalny koszt. Zniekształcenie w autopercepcji Kuby, jego iluzja ponadprzeciętności, jest niczym innym jak po prostu desperacką ucieczką od nieprzyjemnego dysonansu poznawczego, który i tak w końcu rozpocznie się, gdy Kuba zamiast na czele wymarzonej firmy wyląduje na śmieciówce i pod butem mobbingującego szefa. 

POLITYKA… TO SPORT? 

Dochodzimy w końcu do ostatecznego pytania. Czy, skoro tak wiele schematów myślowych zachodzących w głowach 11-latków na boisku da się tak łatwo przełożyć na grunt polityki, to polityka jest dla nieco starszych już chłopców po prostu czymś w rodzaju sportu? Czy chłopaki z podwórka, będący teraz świeżutkimi wyborcami Konfederacji, nie traktują polityki po prostu – przynajmniej w znacznie większym stopniu niż przedstawiciele innych stronnictw – jako niezobowiązującej rozrywki? Jako turnieju piłkarskiego niemającego przełożenia na rzeczywistość? 

Sprawa nie jest tak prosta, by móc postawić na tyle pewną tezę. Pewna część wyborców Konfederacji to wyborcy ideowi. Ideowo zapatrzeni w liberalizm – choć pojmowany w sposób bardzo uproszczony i zinfantylizowany – lub w wartości chrześcijańskie, w których znaczna część z nich była wychowywana. Przypisywanie moralnego nihilizmu całej tej niefortunnej zgrai byłoby niesprawiedliwe. Znaczna większość z nich nie ma jednak głębszej świadomości politycznej. Ich sympatia wobec najbardziej niebezpiecznego ugrupowania w Sejmie zdaje się wynikać w dużej mierze z prymitywnych i jakże beztroskich pobudek.

Obserwując młodych wyborców Konfederacji wśród swoich znajomych, gotów jestem postawić tezę, że w ich przypadku tak właśnie jest. Że polityka dla nich to jedynie podwórkowa gra lub zabawa, a świat jest Matrixem. Wyborcy partii lewicowych zazwyczaj podchodzą do polityki dość poważnie. Mniej lub bardziej świadomie jako jej główny cel wskazują minimalizowanie cierpienia na świecie. Wyciąganie ludzi z ubóstwa. Zapewnianie im bezpieczeństwa. Zakończenie wszelkich form stygmatyzacji ze względu na płeć, orientację seksualną bądź klasę społeczną. Normalizację słabości, tak by jej odczuwanie było czymś, na co każdy może sobie od czasu do czasu pozwolić, nie tracąc przy tym gruntu pod nogami.

Polityka w optyce lewicowej to nie przelewki. To sprawa życia i śmierci. Cierpień lub ich braku. Obserwując znaczną większość młodych wyborców Konfederacji, dochodzę do wniosku, że suma wszystkich cierpień na tym świecie nie ma dla nich większego znaczenia. Ich uśmierzenie lub zredukowanie nie jest tu celem. Celem polityki, sensem jej istnienia jest dla nich czerpanie przyjemności z widoku ich ulubionego zawodnika, kiwającego się w Sejmie z „socjalistami” z przeciwnej drużyny. Celem polityki jest sama polityka. Słowem – chłopski rozum chce przede wszystkim gumy do żucia dla oczu. Emocjonującej, dramatycznej i niekoniecznie czystej gry. Prawdziwe życie niech płynie sobie gdzieś z dala od tego wspaniałego meczu.

Artykuł jest tekstem publicystycznym – zawiera subiektywne zdanie autora.

Autor

  • Student drugiego roku prawa na Uniwersytecie Wrocławskim. Członek Razem Wrocław oraz Zarządu Okręgu dolnośląskiego oddziału Młodych Razem. Uwielbia rozdrabniać rzeczywistość na kawałki, niuansować, zastanawiać się. W wolnych chwilach głównie śpi.