Strona główna > Aktualności > Publicystyka > Bóg się rodzi w Zara Home

Bóg się rodzi w Zara Home

Czas czytania: 4 minuty

Święta nas łączą, a przedświąteczny okres dzieli. Dzieli na tych, którzy od połowy listopada, nucąc Last Christmas, wyczekują zapalenia przez miasto kolorowych światełek i na tych, którzy załamują ręce, widząc pierwszego grudnia reklamę z ciężarówką Coca Coli. W atmosferze oczekiwania na śnieg i pierwszą gwiazdkę toczy się odwieczny spór: czy komercjalizacja świąt zabija ich magię, czy wręcz jej dodaje?

Muszę przyznać, że jestem jedną z tych osób, które Love Actually, najbardziej gwiazdkową brytyjską komedię romantyczną, włączają, kiedy tylko na dworze zrobi się chłodno. Zdarza mi się też pojechać do galerii handlowej, nic nie kupować, tylko cieszyć się zawieszonymi pod sufitem dekoracjami, błyszczącymi witrynami i aurą świątecznego zabiegania. Całą jesień piję świąteczne herbatki, czekając na rozpoczęcie prób do świątecznego koncertu, na którym równie świątecznie wzruszam się do łez. 

Jednak wyrażając swoją miłość do tej magicznej otoczki, słyszę komentarze pełne dezaprobaty i złości: marki wykorzystują Boże Narodzenie do zarabiania. Ludzie zapominają o prawdziwym znaczeniu Wigilii. Odbiera się świętom całą ich świętość. Podli przedsiębiorcy chcą, żebyśmy zamiast na oczekiwaniu, spędzili ten okres na zakupach. Ateiści zarzekają się, że Boga nie ma, ale z dwóch dni wolnego się cieszą. 

I tak, i nie. Nie mogę zaprzeczyć, że Boże Narodzenie nie ma dla mnie religijnego wymiaru. W dodatku większość osób z mojego bliższego i dalszego otoczenia twierdzi, że traktuje ten czas raczej jako okazję do spotkań z rodziną, z przyjaciółmi, do wzajemnego obdarowania się prezentami, nacieszenia się tą bliskością. Wiara często jest na dalszym planie lub nie ma jej zupełnie. Należy tylko postawić sobie pytanie: czy to aż taka tragedia? 

Wróćmy do ,,podłych przedsiębiorców”. Grudzień jest miesiącem najpełniejszego wykorzystania wszelkich marketingowych sztuczek: wielkich promocji, efektu kontrastu, przynęty, presji na konsumpcjonizm. O ile większość osób interesujących się branżą weselną zdaje sobie sprawę, że bukiet ślubny tort ślubny kosztują dwa razy więcej niż po prostu bukiet po prostu tort, o tyle przeciętny konsument nie wie, że ta sama czekolada, tego samego producenta, o takiej samej masie i tym samym składzie, będzie kosztowała nawet do kilku złotych więcej w opakowaniu ze Świętym Mikołajem albo bombkami. Ponadto, grudzień to czas wpadania w szał kupowania prezentów i dekorowania domów. Dla ogromnej części firm okres świąteczny przynosi dwadzieścia procent rocznych zysków. Ale za słowem firma stoją ludzie. Ludzie, którzy również muszą w jakiś sposób zarabiać i którzy po prostu wykonują swoją pracę. Nie można wylewać na nich złości za to, że wykorzystują sprzyjające okoliczności do wykonywania tej pracy w sposób przynoszący większe zyski. A za nienabieranie się na sztuczki odpowiadamy my, konsumenci. Skoro nikt nie trzyma nas na muszce i nie nakazuje kupić w Zarze kolejnego świątecznego kocyka czy zestawu bombek z Ikei, przestańmy w końcu demonizować te sklepy.  

Przestańmy też uważać za wielkie zło prezenty pod choinką. To nie jest tak, że dawanie sobie upominków staje się istotą świąt – oczywiście, jeśli znajdziemy złoty środek. Nie namawiam do zasypywania się górami niepotrzebnych gadżetów albo durnostojek, które przez najbliższe lata będą jedynie zbierać kurz. Jednak święta mogą być okazją do sprawienia bliskim praktycznego prezentu lub czegoś, o czym od dawna marzyli, ale nie mogli sobie na to pozwolić albo zwyczajnie nie było ku temu okazji. Możliwości jest ogrom: książki, płyty, kosmetyk z nieco wyższej półki, a nawet (co szczególnie wydaje się świetnym pomysłem) voucher na kurs, warsztaty czy lot. Prezent nie musi być też wielkim wydatkiem. Sama coraz częściej spotykam się z ideą wymieniania się podarunkami do ustalonej niskiej kwoty, ale jak najbardziej spersonalizowanymi. Stanowi to idealną alternatywę i z pewnością taki prezent nabierze dużej wartości sentymentalnej. Poza tym wiemy, ile radości daje obdarowanie kogoś i zobaczenie uśmiechu na jego twarzy. Nie ma sensu rezygnować z tego wspaniałego uczucia tylko po to, żeby pokazać, jak bardzo prezenty pod choinką ,,niszczą święta”.

Usłyszałam kiedyś od dobrego znajomego, że dzisiaj ,,poduszki z reniferami zastępują nam stajenkę, prezenty zastępują dar, jakim były narodziny Jezusa, a seans Kevina samego w domu – rodzinne wyjście na pasterkę”. W wielu przypadkach jest to prawda. Święta Bożego Narodzenia, dla osób niebędących głęboko uduchowionymi, nie polegają na przeżywaniu narodzin Chrystusa. Media i marketingowcy to zjawisko pogłębiają, ,,obdzierając” ten okres z religijnego wymiaru. I wiem, że dla niektórych patrzenie na to musi być zwyczajnie smutne. Rozumiem to, ale chciałabym, żeby to zrozumienie działało w dwie strony. 

Święta to czas magiczny, nieistotne z jakich powodów. Dla jednych jest to cud wypełnienia się słowa i przyjścia na świat Zbawiciela, dla innych radość płynąca ze spotkania z rodziną, przyjaciółmi i wspólnym spędzeniu czasu przy akompaniamencie świątecznej playlisty. A jestem pewna, że są wśród nas także ci, dla których obie te wartości są ważne. Skoro więc zgadzamy się co do tego, że jest to okres wyjątkowy, nie marnujmy go na bezsensowne spory o to, jak kto ma go spędzić. Nie wchodźmy z butami na czyjąś Wigilię tylko po to, żeby wytykać innym gościom błędy. Wykorzystajmy grudzień tak, żeby zadbać o siebie i swoich bliskich. Pójdźmy na pasterkę albo na jarmark bożonarodzeniowy, kupmy opłatek albo prezenty, zaśpiewajmy pieśń adwentową albo Santa Claus is coming to town. A może uda nam się zrobić i jedno, i drugie? Przecież to wcale się nie wyklucza. Może nie warto na siłę udowadniać drugiej osobie, że się myli, skoro ona chce, zupełnie tak jak my, przeżyć te święta… dobrze.