Przejdź do treści

Afgańskie marzenie

Przewidywano, że zajmie im to kilkanaście miesięcy. Udało im się to w pięć tygodni.

Dokładnie w tak krótkim czasie Talibom udało się dotrzeć do Kabulu, stolicy Afganistanu. Co bardziej znamienne zdobyli go bez ani jednego wystrzału. Siły rządowe całkowicie się poddały. Dobrym tego przykładem jest oddanie Talibanowi więzienia Pul-e-Charki, w którym to przetrzymywani byli m.in. członkowie Al-Kaidy i Państwa Islamskiego. Niedługo po tym więźniowie zostali wypuszczeni przez bojowników.

Prezydent Islamskiej Republiki Afganistanu (de facto już nieistniejącej) Ashraf Ghani uciekł z kraju. W ten oto sposób, głowa państwa zostawiła swoich obywateli samych z Talibami. W opublikowanym 18 sierpnia orędziu do narodu, Ghani tłumaczył swoją ucieczkę tym, że chciał „uniknąć bycia powieszonym”. Jednocześnie powiedział, że w każdej chwili może powrócić do kraju. O poziomie obywateli do byłego przywódcy świadczy fakt, że ambasada Islamskiej Republiki w Tadżykistanie krótko po tym, jak Ghani uciekł z Kabulu, wystosowała do Interpolu zawiadomienie o defraudacji państwowych środków.

Sajgon — Kabul

Afganistan nie jest pierwszym w historii przypadkiem źle trafionej „inwestycji” Stanów Zjednoczonych.

Przykładem, który był ostatnio często przywoływany przy okazji ewakuacji ogarniętego chaosem Kabulu, jest upadek Sajgonu podczas wojny wietnamskiej. Jeszcze miesiąc przed 15 sierpnia, Joe Biden oburzał się na samo porównanie sytuacji afgańskiej do sytuacji wietnamskiej z 1975. Tłumaczył, że Talibowie nie są armią Wietnamu Północnego, a poza tym ewentualna ewakuacja nie będzie przebiegać tak, jak przebiegała w Sajgonie.

Okazało się jednak, że historia lubi zataczać koło.

I w przypadku Wietnamu, i w przypadku Afganistanu na początku były pokojowe porozumienia. Te dwa porozumienia — Porozumienie paryskie (1973) oraz Porozumienie z Dohy (2020) — pomimo że dotyczą wojen, które zupełnie różnią się od siebie, które toczyły się w zupełnie innych realiach politycznych i przede wszystkim w innych czasach, to mają one mimo tego wspólny mianownik. Jest nim wycofanie wojsk amerykańskich. W obu przypadkach, gdy tylko armia USA się wycofała, to wróg — Wietnam Północny lub Talibowie, od razu przejmowali inicjatywę i wkrótce wygrywali całą wojnę.

Jest jednak jedna różnica. Kiedy wietnamscy komuniści szturmowali Sajgon, to Amerykanie zdołali przeprowadzić dosyć skuteczną jak na tamte warunki ewakuację personelu dyplomatycznego oraz współpracowników z Wietnamu Południowego. W przypadku Kabulu, jak wiemy, ewakuacja zakończyła się chaosem i wizerunkową klęską.

Tłumy Afgańczyków na płycie lotniska w Kabulu próbują się wydostać z kraju. (AFP)

Czarne turbany

To, co przyznać należy Talibom, to że od czasu porażki w 2001, nauczyli się oni sztuki public relations. Tutaj przykłady można by mnożyć i mnożyć. Począwszy od tego, że „czarne turbany” (jak ludność afgańska nazywała w lat. 90. Talibów) nie weszły od razu do Kabulu, doprowadzając do rzezi, a zamiast tego oczekiwały na „rozmowy pokojowe”. Potem rzecznicy prasowi Talibów zapewniali, że prawa człowieka, w tym prawa kobiet, będą zachowane, oczywiście o ile będę one zgodne z prawem szariatu. Jak mantrę powtarzali, że kobiety będą mogły, nadal się uczyć, nawet aż do poziomu uniwersyteckiego, że współpracownicy wojsk NATO nie mają się czego obawiać i tym podobne.

To wszystko oczywiście jest tylko PR-em, w który nie wierzy ani Zachód, ani tym bardziej zwykli Afgańczycy. Już przed wejściem Talibów do Kabulu były doniesienia o egzekucjach dokonywanych na ludziach, którzy współpracowali np. z Amerykanami. A po upadku Kabulu, Talibowie zaczęli m.in. polować na dziennikarzy i dziennikarki, strzelać do ludzi próbujących się dostać na lotnisko w Kabulu, a światło dzienne ujrzały informacje o coraz to kolejnych mordach, np. na Hazarach.

W pełni swoją twarz pokazali wczoraj, kiedy to przedstawiciel bojowników — Wahidullah Haszimi powiedział dla agencji Reutera, że „Afganistan nie stanie się demokracją, a podstawą systemu politycznego będzie szariat”. Kraj będzie rządzony przez radę, a najwyższym przywódcą politycznym i religijnym będzie przywódca Talibów mułła Hajbatullah Ahundzadeh, noszący tytuł emira Afganistanu. Ustrój ten będzie podobny do tego, jaki panował w tym kraju podczas pierwszych rządów Talibów na przełomie XX i XXI wieku. Oznacza to powrót Islamskiego Emiratu Afganistanu.

Koniec wojny?

Często powtarzanym przez Talibów, ale także przez zachodnich ekspertów, twierdzeniem jest, że wraz ze zdobyciem Kabulu zakończyła się na dobre w Afganistanie wojna domowa. Talibowie mają być w stanie jakoby zapewnić w całym kraju ład i porządek.

Jednakże kolejne to doniesienia z kraju Afganów, podważają tę tezę. Przede wszystkim — Talibowie nie kontrolują całego terytorium Afganistanu. Mianowicie, Talibowie nie zdobyli jeszcze kontroli nad ostatnią z prowincji — nad Pandższirem. Prowincja ta już od wielu lat jest siedzibą sił dawnego Sojuszu Północnego. Nie została ona zdobyta ani podczas interwencji radzieckiej w latach 80., ani podczas pierwszych rządów Talibów. Było to głównie zasługą dowódcy tamtejszego ruchu oporu Ahmada Szaha Masuda, który był zwany „Lwem Pandższiru”.

Obecnie w Pandższirze znajdują się resztki afgańskich sił rządowych oraz lokalni bojownicy. Ruchem oporu obecnie dowodzą Amrullah Saleh, wiceprezydent Islamskiej Republiki, który ogłosił się tymczasowym prezydentem, oraz Ahmad Masud — syn legendarnego „Lwa Pandższiru”. Oczywiście czas pokaże, czy ruch oporu poradzi sobie z Talibami, jednakże na jego korzyść działa fakt, że Talibowie nie spieszą się do przejęcia Pandższiru.

Jednak ruch oporu z Pandższiru nie jest jedyną siłą rebeliancką. Oprócz tego są ochotnicze milicje, które obecnie stacjonują w Tadżykistanie. Należy wspomnieć również o tym, że reżimowi Talibów sprzeciwiają się zwykli ludzie. Dobrze świadczą o tym demonstracje, które miały miejsce 19 sierpnia — w republikański Dzień Niepodległości — kiedy to około 200 osób w Kabulu niosło ulicami miasta flagę Islamskiej Republiki. Pokazuje to jasno, że jest część społeczeństwa i to pewnie znacząca, która na reżim Talibanu się nie godzi.

Protest w Kabulu, Dzień Niepodległości – 19 sierpnia 2021

Odarci z marzeń

Kiedy czytacie ten artykuł, to najpewniej wiele tysięcy Afgańczyków próbuje wciąż uciec z kraju. Ci najbiedniejsi, forsują granice Pakistanu i Iranu. Ci bogatsi próbują się dostać do Indii, Tadżykistanu, czy też na Zachód. Jak wiemy, część Afgańczyków została ewakuowana do Polski przez rząd. Głównie byli to współpracownicy Polskiego Kontyngentu Wojskowego w tym kraju, ale Afgańczycy dotarli także do granic lądowych polskich, a dokładniej do Usnarza Górnego na granicy polsko-białoruskiej.

Wśród uciekających jest inteligencja, współpracownicy armii NATO, ale i także ludzie urodzeni poza Afganistanem, którzy po upadku reżimu Talibów w 2001 powrócili do kraju, aby budować nowy demokratyczny Afganistan. Są także zwykli ludzie, którzy boją się Talibów i nie chcą żyć w kraju przez nich rządzonym. Wspólnym mianownikiem wszystkich tych grup jest to, że uwierzyli, że Afganistan może być innym krajem. Że może być krajem bez przemocy. Że może być krajem, w którym ludzie żyją normalnie.

Myślę, że największą winą nas, czyli Zachodu, w szczególności członków NATO, nie jest to, że weszliśmy wtedy w 2001 do Afganistanu. Naszą największą winą jest to, że w części Afgańczyków zaszczepiliśmy coś, co nazwać można by afgańskim marzeniem. Marzeniem o nowy, lepszy Afganistan.

Marzenie to właśnie dobiegło końca wraz z pierwszym oddziałem Talibów, który wkroczył tego lata do Kabulu.

O autorze