Yin i yang

Ilustracja: Ewa Mielnik

Ostatnio przeczytałem powieść Zabić drozda amerykańskiej pisarki Harper Lee. Poza procesem dojrzewania dzieci, główną problematyką utworu jest dyskryminacja ludności afroamerykańskiej, w tym przypadku zamieszkującej południowy stan Alabama. Tom Robinson, człowiek niepełnosprawny, ma dopuścić się gwałtu na silnej, dziewiętnastoletniej Mayelli Ewell. Mimo braku dowodów przeciwko oskarżonemu, a nawet dowodom kierującym winę na ojca dziewczyny – Roberta Ewella, zostaje on skazany na śmierć. Nie doczekuje egzekucji, gdyż ginie podczas nieudanej próby ucieczki z więzienia. Niechybnie lektura Zabić drozda nałożyła się na to, co dzieje się w Stanach obecnie i czego bezpośredniej przyczyny należy upatrywać w morderstwie George’a Floyda. Dzięki temu jednak utwierdzony zostałem w przekonaniu, że Amerykanie nigdy się nie zmienią.

Wszystko zaczęło się od tego, że biały człowiek dotarł do Ameryki. Co prawda w X wieku Wikingowie próbowali zakładać tam swoje kolonie, ale nie udało im się na dłużej przetrwać. W XV wieku rozpoczęło się piekło Indian, których liczebność w zastraszającym tempie spadła. Najczęściej spowodowane to było przez choroby, na które Indianie nie byli uodpornieni (największe żniwo zbierała ospa), liczne wojny, które przeciw nim wytaczano, a także panujący wśród nich głód. Potem na przestrzeni lat rdzenni mieszkańcy byli stopniowo coraz szybciej pozbawiani kolejnych części swojej ziemi, aż w końcu upchnięto ich w rezerwatach. Czyli pozwala się im żyć, ale z dala od ludzi, którzy ni stąd, ni zowąd przyszli i przywłaszczyli sobie ich dom. Ich ojcowiznę. Dla polskiego rolnika byłby to prawdziwy dramat, utrata sensu życia.

Specjalnie zacząłem od opisania losu Indian, bo historia niewolników z Afryki jest ściśle z nim powiązana – odcięci od korzeni, przewożeni byli statkami z Czarnego Lądu na kontynent amerykański do przymusowej pracy. W Stanach Zjednoczonych niewolnictwo zniesiono XIII poprawką do Konstytucji w 1865 roku, ale prawna wolność nie trwała długo. Za sprawą wyroku Sądu Najwyższego z 1896 roku obowiązywały tzw. prawa Jima Crowa, których podporą była interpretacja prawa „równi, ale oddzielni”. Echa tego irracjonalnego wyroku zakorzenione są w Amerykanach od pokoleń.

Źródło: Pixabay.

Mimo tego, że nie byli już niewolnikami sensu stricte, dalej traktowano ich z góry, a nie jak ludzi o innym kolorze skóry. Raczej jak podludzi. Dowodem na ograniczenia w mentalności kolonizatorów niech będzie to, że do początku XX wieku w ogrodzie zoologicznym w Bronxie na wybiegu z orangutanami znajdował się pigmej – Ota Benga. Schyłek zjawiska tzw. ludzkich zoo to Belgia i lata 60. XX wieku.

Wspomniałem we wstępie o Zabić drozda Harper Lee. Tom Robinson, porządny pracownik, kochający ojciec, ale czarnoskóry, walczy w sądzie z patologią społeczną, rodziną wyrzutków, w której dochodzi do przemocy domowej. I tak tę walkę przegrywa. Bo tamta rodzina jest biała. Uosobieniem sprzeciwu przeciwko rasizmowi w tej powieści jest postać Atticusa Fincha – adwokata, który dostał tę sprawę z urzędu. Dlatego, że broni człowieka o innym kolorze skóry, spotyka go wiele upokorzeń i szykan, wycelowanych również w jego dzieci. Sprzeciw rasizmowi Harper Lee zawarła w tej pozycji ze względu na to, że spotykała się z nim bardzo często jako dziecko.

Historia dość podobna, jednak zakończona nie procesem sądowym, a samosądem, wydarzyła się naprawdę. Kiedy kilka miesięcy temu poruszałem temat walki Afroamerykanów o swoje prawa, przytoczyłem historię Emmetta Tilla – czternastoletniego chłopca, który przyjechał z względnie łagodniejszej wobec czarnoskórych północy (dokładniej Chicago) na południe do wujka. Kiedy wychodził ze sklepu, zachował się w stosunku do białej ekspedientki w sposób figlarny. Oczywiście, było to niestosowne, ale po pierwsze, to było jeszcze dziecko, a po drugie, nie było to przewinienie zasługujące na ukaranie śmiercią. I to nie byle jaką śmiercią, bo został on skatowany przez oprawców – męża ekspedientki i jego przyrodniego brata. Jego matka zgodziła się ponieść ogromny ból psychiczny i wystawić jego ciało na ekspozycję w trumnie. Dlaczego? Aby pokazać, co może zrobić człowiek drugiemu człowiekowi. Pogrzeb stał się manifestacją ludności Afroamerykańskiej, a sprawcy nigdy nie zostali ukarani za swe czyny.

Dopiero w maju 1954 roku wyrok Sądu Najwyższego jednoznacznie określił, że nie dopuszcza się segregacji rasowej w szkołach. We wrześniu 1957 roku doszło do interwencji władz federalnych. Na polecenie samego Dwighta Eisenhowera, ówczesnego prezydenta, oddelegowano oddział wojsk federalnych, który miał zająć się eskortą dziewięciorga murzyńskich dzieci przyjętych do szkoły „dla białych”. Działo się to w stanie Arkansas, na południu, za sprawą wysłania gwardii stanowej przez gubernatora Orvala Faubusa, która miała uniemożliwić dzieciom dotarcie do szkoły.

Obecnie ludność murzyńska Stanów Zjednoczonych nie ma już problemów z równością wobec prawa. Ten problem został rozwiązany za pomocą dwóch ustaw w 1964 roku, których bezpośrednią przyczyną był marsz na Waszyngton ze słynnym przemówieniem Martina Luthera Kinga. Od 1865 roku nic się jednak nie zmieniło w mentalności białej części społeczeństwa. Zamiast próby asymilacji, skazuje się ludność Afroamerykańską na izolacjonizm. W większości mieszkają oni w gettach – specjalnych dzielnicach czy częściach miast, które z góry traktuje się jako łono patologii. Raczej nie są zamożni, mają problemy ze znalezieniem pracy, a wynika to bezpośrednio z tego, że mają dostęp do dużo gorszej edukacji. Mało którą rodzinę stać na to, aby posłać dziecko do szkoły, która zapewni mu lepsze kształcenie. Są skazani na państwową, beznadziejną służbę zdrowia. I większość białych dalej patrzy na nich z góry, w tym także służby porządkowe. Dlatego tak ważne postacie dla Afroamerykanów to Michael Jordan, Martin Luther King czy prezydent Barack Obama. Każdy z nich pokazał, że ludzie są tylko ludźmi, bez znaczenia dla koloru skóry i że każdy może osiągnąć wielkie rzeczy.

Docierając do czasów współczesnych, warto pochylić się nad sylwetką George’a Floyda właśnie. Przedstawiając jego postać w sposób możliwie pośredni (nie przejdzie mi przez gardło stwierdzenie „obiektywny”), trzeba powiedzieć otwarcie, iż był to recydywista, więc jego zatrzymanie w przypadku posłużenia się fałszywym banknotem było tym bardziej uzasadnione. Mógł być zamieszany w proceder na masową skalę. Nie jestem w stanie natomiast zrozumieć, dlaczego przez prawie 9 minut był stosowany w stosunku do niego środek przymusu bezpośredniego, jakim jest ucisk kolanem na kark. Tym bardziej, że poszkodowany nie był w stosunku do funkcjonariuszy agresywny. Błagał, prosił wielokrotnie, że nie może już oddychać i jest mu słabo. A szeregowy funkcjonariusz amerykańskiej policji decyduje się na zabawę w Boga. Jego ofiarą, wytypowaną zapewne drogą losowania, stał się ten przypadkowy, kolejny w historii, drobny rzezimieszek. Tylko zabawa ta odznacza się swoją brutalnością i pychą w tym, że ludzkie życie wyceniono na 20 dolarów amerykańskich – 80 złotych. Zresztą, nawet gdyby były to wszystkie pieniądze świata, to żaden człowiek nie jest godzien, by wyceniać życie innego. Jestem przekonany, że gdyby takiego przestępstwa dopuścił się człowiek biały i to on znalazłby się w miejscu George’a Floyda, nigdy nie wydarzyłaby się taka tragedia.

I to wydarzenie, jak iskra, rozpaliło tłumy. Podczas kiedy pogrzeb Emmetta Tilla był raczej wydarzeniem pokroju pogrzebu Grzegorza Przemyka, tak tę falę protestów przyrównałbym do marszu na Waszyngton. To też będzie przełom. Szef nowojorskiej policji wyraził solidarność z protestującymi, wykonując charakterystyczne uklęknięcie na jedno kolano. Zawiązał się ruch społeczny ludności ciemnoskórej zespolony hasłem „Black Lives Matter”. Co prawda organizacja o tej nazwie jest odrobinę starsza (2013 rok), ale rozgłos na świecie uzyskała dopiero teraz. W 2020 roku przesłanie ludzi do ludzi ma zasięg globalny. Prośba o to, by nie oceniać po kolorze skóry, kto jest jaki.

Źródło: Pixabay.

Ta podróż w czasie potwierdza moją tezę z początku. Kolonizatorzy europejscy, którzy stali się Amerykanami, nigdy nie szanowali, jako społeczeństwo, innych ras. Chciałem też znaleźć genezę tych wystąpień i znalazłem. Po prostu w Stanach Zjednoczonych od stuleci panuje powszechny rasizm. Póki co brakuje konkretnych skutków tych manifestacji, ale w obliczu kryzysu spowodowanego koronawirusem, jest to kolejny gwóźdź do trumny dla prezydenta Trumpa. Koronawirus właśnie hamuje przemiany, jakie poniesie za sobą ta fala buntu. Najpoważniejszym możliwym skutkiem będzie przewrót na najwyższych szczeblach władzy i koniec z demokracją w Stanach na rzecz junty wojskowej. W USA zaczęła się zmiana, której nie da się już zatrzymać – ludzie upominają się o traktowanie na równi z ludźmi. I nie przeszkadzajmy im w tym. Mamy XXI wiek, a rasizm szerzy się w kraju, który przedstawia się każdemu dziecku jako ostoję wolności i demokracji. Pora wreszcie z tym skończyć.

„I have a dream that one day on the red hills of Georgia, the sons of former slaves and the sons of former slave owners will be able to sit together at the table of brotherhood”

Martin Luther King

Łukasz Piłat