Repoldonizacja mediów

Mateusz Wojtowicz

Stowarzyszenie Demokracja w Praktyce

Źródło: Freepik.

„Poldon – żartobliwe określenie pojazdu Polonez, ostatniego masowo produkowanego polskiego samochodu osobowego”.

„Co za paskudztwo… FSO Polonez, zbudowany przez komunistów z blachy tak cienkiej, że mogłaby zastąpić firankę”

Jeremy Clarkson o Polonezie

„Każde szanujące się państwo pilnuje tego, by media były w rękach obywateli tego państwa” – powiedział ostatnio pan Kaczyński w Radiu Maryja, czym wywołał popłoch wśród liberalnej części społeczeństwa. „Ci wszyscy, którzy twierdzą, że nie ma to znaczenia, kapitał nie ma narodowości, cynicznie kłamią” – dodaje. Temat repolonizacji środków masowego przekazu wałkowany jest więc przez obóz rządzący już piąty rok, lecz wciąż nie ma narzędzi (a może i rzeczywistej woli), by pozbyć się natarczywych, zagranicznych inwestorów z rynku mediów. Żelazny elektorat zaciera jednak ręce, opozycja natomiast puka się w czoło, przepowiadając najczarniejsze możliwe scenariusze. Są też tacy, którzy ze stoickim spokojem zwyczajnie pytają: czy to w ogóle możliwe?

Oczami wyobraźni idzie sięgnąć daleko, wieszcząc koniec pluralizmu w przestrzeni publicznej, prognozując upadek demokracji i sowietyzację Polski. Idzie sobie wyobrazić braci Karnowskich, szusujących na nartach pomiędzy redakcjami w poszukiwaniu wrogów władzy, jak również utworzenie ministerstwa informacji odpowiedzialnego za jedyny właściwy przekaz radiowo-telewizyjny. Jak pisze pan Rzeczkowski na łamach „Polityki”: „Nikt chyba nie ma wątpliwości, jakie będą media i ich przekaz po przejęciu przez podmioty podporządkowane PiS. No, chyba że chcemy wcielić w życie hasło »Gazeta Polska« w każdej gminie”. Redaktor Kralka (bezprawnik.pl) posuwa się dalej, niejako strasząc masową nacjonalizacją sektora prywatnego: „Jeśli więc rząd z przyklaśnięciem tłumów zrepolonizuje media, to skąd mieć pewność, że w dalszej kolejności nie znacjonalizuje na przykład sklepów spożywczych […]?” To polityczne science-fiction jednakże serwowane przez najzagorzalszych przeciwników partii rządzącej nie ma żadnych podstaw, by mogło się ziścić.

Kapitał obcy w mediach winien być należycie kontrolowany, gdyż, jako IV władza, znacząco wpływają one na krajobraz polityczno-społeczny w każdym kraju. I tak, istnieje możliwość, by podmiot zagraniczny podejmował działania niezgodne z interesem kraju, w którym działa. O tym, jak ważny to sektor, z pewnością wie dwóch najważniejszych graczy Unii Europejskiej ze stolicami w Paryżu oraz Berlinie. Na przykład we Francji zagraniczny inwestor nie może posiadać więcej niż 20% udziałów w spółce nadającej sygnał radiowy lub telewizyjny. W Niemczech natomiast państwo może bezpośrednio wpływać na transakcję, jeżeli zagraniczny podmiot dąży do wykupienia ponad 10% udziałów niemieckiego przedsiębiorstwa. W obu wymienionych krajach sprzedaż takiej grupy TVN podmiotowi amerykańskiemu nie byłaby w ogóle możliwa (ponad 50% akcji). W polskich realiach zaś przeszła bez echa. Inny, ciekawy przykład „ochrony” mediów dają Czesi oraz Węgrzy. W pierwszym przypadku najważniejsza prasa opiniotwórcza została wykupiona przez najzamożniejszych obywateli – pochłonięto między innymi znaczne udziały koncernu Ringier Axel Springer, tak wpływowego nad Wisłą. Model Węgier jest bardziej skrajny, ale również polega na wykupieniu tytułów medialnych (nie tylko prasy) przez oligarchów, nie zaś na odgórnym ustawodawstwie.

Czy repolonizacja obszaru mediów na gruncie III RP może mieć miejsce? To nie ulega wątpliwości. Wydaje się jednak, że obóz rządzący nie ma wystarczającego mandatu społecznego, by tego dokonać. Ponadto uderzyłby w najważniejszego sojusznika – Stany Zjednoczone. O tym, jak krytyka amerykańskiego TVN-u przez rządzących złości panią ambasador Mosbacher, przekonała się chociażby europosłanka Mazurek. Wątpliwe też, by w czasie kryzysu ekonomicznego wywołanego przez pandemię Prawo i Sprawiedliwość szło na zwarcie z instytucjami unijnymi. Jedyną logiczną – i zapewne wykonalną – byłaby operacja przejęcia dzienników lokalnych, w znacznej mierze skoncentrowanych w rękach niemieckich. Opcja ta polegałaby na dekoncentracji kapitału, a nie repolonizacji. W innym przypadku trudno przypuszczać, by – wzorem węgierskich bogaczy – Zygmunt Solorz wykupił akcje zagranicznych tytułów w celu przekazania wsparcia władzy.

A czemu akurat w tytule repoldonizacja? Bo, jak przewidują niektórzy komentatorzy, gdyby władza była zdolna do wykupienia wszystkich mediów poprzez swoje spółki, trafiłyby one do jednej, potężnej grupy medialnej pod politycznym patronatem. A jak wtedy wyglądałaby taka grupa? Jak stary, dobry, swojski polonez – o sporych gabarytach, wątpliwej trwałości i urodzie. Prosta i brzydka, a w dobie internetu po prostu śmieszna i nietrwała, chybocząca w posagach. Nikt dziś w Polsce nie posunie się jednak do zawłaszczenia prywatnych mediów, do masowej repolonizacji, a tym bardziej repoldonizacji.