Porzućmy dziedzictwo Becka

Źródło: markusspiske, Pixabay.com.

My, Polacy, mamy wieczne pretensje do innych krajów. To ktoś nas napadł, to ktoś nas zdradził, to znowu ktoś nas sprzedał. Może, zamiast jedynie płakać nad tym, że tak się stało, warto zastanowić się nad tym, dlaczego tak się stało? Może jednak wina leży po naszej stronie? Może wielu tragedii dałoby się uniknąć, gdyby Polska uprawiała inną politykę?

Kiedy w 1941 roku Trzecia Rzesza napadła na Związek Radziecki, Winston Churchill, tłumacząc, dlaczego Wielka Brytania, kraj kapitalistyczny i demokratyczny, podejmuje kooperację z totalitarnym Związkiem Radzieckim, powiedział, iż, gdyby Hitler najechał na piekło, to nawiązałby sojusz nawet z szatanem. Gdyby takie słowa wypowiedział w polskich realiach, zostałby zwyczajnie zlinczowany. „Ale jak tak można, z tym paskudnym Stalinem, przecież są rzeczy bezcenne dla państw, przecież jest honor” – ale nie był on w polskich realiach. Był w realiach narodu wychowanym na Palmerstonie i Disraelim. W realiach narodu, który – jak mawiał wspomniany już Palmerston – „nie ma wiecznych wrogów ani wiecznych przyjaciół, ma tylko wieczne interesy”. I z tego prostego powodu Brytyjczycy rządzili niegdyś światem i wyrośli na pozycję mocarstwową. Natomiast z powodu niezrozumienia tej zasady, Polska od pewnego czasu wiecznie – mówiąc kolokwialnie – dostaje po tyłku. To zabawne, że ci politycy, którzy krzyczą o honorze, zazwyczaj swoją błędną polityką gotują ludziom piekło, z którego potem bardzo szybko czmychają. Polacy niestety nigdy nie potrafili uprawiać polityki realnej. Nie umieli jej uprawiać wtedy, kiedy Beck odrzucił propozycję sojuszu złożoną przez Trzecią Rzeszę (za cenę oddania i tak niepolskiego i zamieszkałego w większości przez Niemców Gdańska oraz możliwości zbudowania przez Rzeszę autostrady do Prus) i oparł się na zachodnich gwarancjach (gdyby postudiował historię i przeanalizował bieżącą sytuację międzynarodową, wiedziałby, że nie zostaną one dotrzymane), wydając miliony Polaków na gehennę II wojny światowej. Co ciekawe, na tych „wspaniałych” posunięciach Becka wyszliśmy dokładnie tak samo, jak państwa sojusznicze względem Trzeciej Rzeszy – Węgry i Rumunia oraz w zasadzie bierna Czechosłowacja, znajdując się w strefie wpływów ZSRR. Nie skończyliśmy tak samo, tylko gorzej, bo tamte kraje nie straciły tak znacznej części populacji, jak Polska. Zaraz włączy się banda moralistów, która zacznie rzucać frazesami o „podłej alianckiej zdradzie”. Alianci oddali Polaków Stalinowi, bo to leżało w ich interesie. Mąż stanu nie wyśle milionów młodych chłopców do walki ze Stalinem o kraj, który nie ma dla niego żadnego znaczenia. Czy to źle? Churchill w przeciwieństwie do Becka cenił życie obywateli państwa, którym przyszło mu kierować. Prawdziwy mąż stanu jest odpowiedzialny za obywateli, którymi rządzi, i powinien działać w ich interesie. Kto działał lepiej w interesie swojego kraju i jego obywateli? Churchill, odmawiając walki o demokratyczną Polskę z Kresami, czy Beck, rzucając na śmierć miliony Polaków w walce o abstrakcyjny honor? Ta historia niczego nas nie nauczyła. Polacy dalej nie potrafią uprawiać Realpolitik, a Józef Beck podnoszony jest w tym kraju do rangi bohatera. Ile jeszcze klęsk musi spaść na to państwo, żeby wreszcie Polacy nauczyli się na własnych błędach?

Realpolitik opiera się na kalkulacji siły oraz interesu. I pamiętać należy zarówno o sile, jak i o interesie. Coś, co może leżeć w interesie danego państwa, może równocześnie pozostawać poza jej możliwościami, jeżeli chodzi o siłę tego państwa. Machanie szabelką i kłótnia ze wszystkimi w imię swojego interesu, to nie Realpolitik, a głupota. Klasyczny przykład to polskie starania o reparacje wojenne od Niemiec. Czy uzyskanie takich reparacji leżałoby w naszym interesie? Owszem. A czy mamy jakieś realne szanse je uzyskać? Mamy możliwość wymuszenia ich od Berlina? Nie mamy. Zatem podnoszenie tej kwestii może nas tylko w oczach opinii międzynarodowej ośmieszyć. Cała polska polityka zagraniczna ostatnich lat wydaje się wręcz takim przykładem polityki interesu nieskalkulowanego z siłą. Do każdego mamy pretensje, każdemu chcemy udowadniać swoje racje, a w gruncie rzeczy jesteśmy słabi i możemy sobie tylko pokrzyczeć. Mąż stanu musi wiedzieć, że polityka realna nie polega na parciu na oślep do przodu. Polega na rozsądnym kalkulowaniu interesu i siły. Czasami trzeba ustąpić, czasami trzeba się gdzieś podporządkować, żeby w innym miejscu zwyciężyć. Groźbę lub żądanie stawiać można tylko wtedy, gdy jest się władnym je wyegzekwować. Polska nie jest niestety ani Stanami Zjednoczonymi, ani Chinami, które mogą narzucać swoje warunki wszystkim dookoła. Nie jesteśmy mocarstwem i nie możemy myśleć jak mocarstwo, bo narazimy się wyłącznie na śmieszność. Jesteśmy państwem średnio-słabym i prowadzić musimy politykę realną, na miarę państwa średnio-słabego. Oczywiście nie oznacza to, że nie możemy wywierać obecnie czy w przyszłości żadnego wpływu na bieg zdarzeń. Możemy, ale wymaga to pragmatycznej polityki. A pragmatyczną politykę można prowadzić wyłącznie przy zrozumieniu swojej pozycji. Idealnym nauczycielem takiego pragmatyzmu ze świata fikcyjnego może być postać karzełka Tyriona Lannistera z serialu Gra o Tron, którego pozwolę sobie teraz zacytować: „Nigdy nie zapominaj o tym, kim jesteś, bo świat na pewno o tym nie zapomni. Uczyń z tego swoją siłę, a wtedy przestanie być to twoim słabym punktem. Zrób z tego swoją zbroję, a nikt nie użyje tego przeciwko tobie”.

Czy pięknie byłoby, gdyby świat polityki międzynarodowej funkcjonował, kierując się honorem i wzniosłymi zasadami moralnymi? No pięknie. Lecz jest to wizja tak utopijna i tak nierealna, jak wizja tego, że w imię moralności nagle zniknie wszelka przestępczość. A opieranie polityki zagranicznej na założeniu, że każdy będzie kierował się moralnością, jest równie głupie jak rezygnacja z policji, sądów i innych organów ścigających przestępczość. Musimy się pogodzić z tym, że w świecie polityki zagranicznej rządzą dwie wartości – interes i siła. I musimy do tych reguł się dostosować, i również się nimi kierować. Jeżeli ktoś uważa, że to niemoralne, to niech zamiast zajmowania się polityką zagraniczną odda się działalności charytatywnej albo przywdzieje zakonny habit. Bo jego działalność w tejże polityce będzie zła. Zła nawet wtedy, jeżeli będzie podejmowana w imię jakichś górnolotnych wartości moralnych. Tym złem, które wyrządzi, będzie krzywda spowodowana tym, których mąż stanu musi chronić i w których interesie musi działać. To racja stanu i korzyść obywateli są tym najwyższym oraz jedynym celem, jaki przyświecać musi dobremu przywódcy państwa. Wszystkie środki prowadzenia polityki zagranicznej oceniać w kategorii dobrych oraz złych należy wyłącznie w odniesieniu do tego najwyższego celu, któremu mają służyć. Mąż stanu powinien korzystać z tych środków, które sprzyjają racji stanu i korzyści obywateli, a odrzucać te, które im szkodzą.

Chcąc prowadzić politykę realną, niezwykle ważne jest wyciąganie wniosków z historii i studiowanie jej. Cyceron mówiąc, że historia magistra vitae, miał stuprocentową rację. Historia ujawnia bowiem prawdę o naturze ludzkiej. Historia pokazuje, jak postępować i pokazuje, jak nie postępować. Pokazuje błędy ludzkie, z których rządzący mogą wyciągnąć wnioski. Oczywiście takie zgłębianie historii musi być rozumne, oparte na analizie przyczynowo-skutkowej, a nie na próbie wyciągania z historii jakichś stereotypowych założeń pokroju tego, że skoro Niemcy 80 lat temu napadły na Polskę, to Niemcy są złe i zawsze trzeba traktować ich jako wrogów. Nie ma wiecznych wrogów, tylko wieczne interesy. A wczorajszy wróg powinien być dzisiejszym przyjacielem, jeżeli tylko nam się to opłaci. Niemcy i Francja z chwilą zawarcia przez Adenauera i De Gaulle’a Traktatu Elizejskiego tę lekcję odrobili. Polska niestety nadal żyje fobiami sprzed wielu lat.

Ktoś po lekturze tego tekstu gotów będzie nazwać mnie antypolakiem. Stwierdzić, że opluwam to, co w narodzie polskim jest najpiękniejsze – ten wspaniały polski honor i wspaniałą wyższość moralną Polaków. Jeżeli nadrzędnym celem Polski ma być odczuwana przez Polaków subiektywna „moralna wyższość” nad innymi państwami, to jestem przeciwnikiem takiego celu. Jest to bowiem cel ściśle donkiszoteryjny, który, w bezlitosnych realiach geopolityki, doprowadzać będzie tylko do klęsk państwa. I państwa hołdującemu jakimś abstrakcjom, przez które cierpią obywatele, popierać nie zamierzam. Realpolitik jest o wiele bardziej patriotyczny. Prowadzenie przez Polskę polityki realnej będzie służyć racji stanu oraz dobru obywateli, a to przecież ich dobro jest celem nadrzędnym istnienia państwa. Polityka Becka daje zyski abstrakcyjne i subiektywne, a polityka realna daje zyski konkretne i obiektywne (wyższość tych drugich zrozumiał chyba nawet w końcu sam Beck, gdy wybrał ucieczkę do Rumunii, zamiast pozostania w Warszawie i prawdopodobnej śmierci w Palmirach). Prowadzenie polityki realnej należy zacząć od zmiany mentalności narodu (bo trudno taką prowadzić politykowi przy idealistycznie nastawionej opinii publicznej, która go za nią zlinczuje). Na początek wynieśmy Mickiewicza z jego „Chrystusem Narodów” ze szkół do muzeum, otwarcie przyznajmy, że powstanie warszawskie było bezmyślnym rzuceniem młodzieży na Wehrmacht, przy równie bezmyślnym założeniu dobroci wujka Stalina przez dowództwo AK, a kult Becka zastąpmy kultem Stanisława Cata-Mackiewicza, Władysława Studnickiego i Adolfa Bocheńskiego – ludzi, którzy przed II wojną światową postulowali uprawianie polityki realnej, ale ich głos pozostawał głosem wołającego na puszczy.

Jan Sobuś