Nie jest łatwo żyć w dwóch miejscach jednocześnie

Maciej Kaczmarek

Trzeci wywiad w ramach współpracy z British Alumni Society i Young Talent Management to tym razem solowy występ Natana Marczaka, który z pokorą opisuje swoją szansę na budowanie własnej przyszłości. Jego wciąż trwająca historia to sedno wyzwań stojących przed przyszłymi studentami zagranicznych uczelni.

Ta zaskakująca rozmowa emanuje wręcz spokojem i wytrwałością. Cieszę się, że mogłem porozmawiać z niesamowitym człowiekiem, który pokazuje, jak te cechy ujarzmić.

[Maciej Kaczmarek – M.K]: Natanie, w jakim momencie twojego życia cię zastałem?

[Natan Marczak – N.M]: Obecnie studiuję na Uniwersytecie Nowojorskim. Rozwijam się w kierunku ekonomii i nauk prawnych. To mój drugi rok, pierwszy spędziłem na kampusie w Abu Zabi. Wcześniej uczyłem się w Ellesmere College, ceglanym zamku na granicy Anglii z Walią, a dostałem się tam jako stypendysta British Alumni Society, dzięki olbrzymiej pomocy Pani Marzeny Reich.

[M.K.]: Ciekawe połączenie kierunków, które wymaga skupienia się na kilku naukach. Z jakimi więc przedmiotami zacząłeś swoją edukację w liceum?

[N.M.]: Jako, wtedy jeszcze, mat-fiz najbardziej skupiłem się na matematyce, którą lubię do dzisiaj i często stosuję z racji mojego głównego kierunku studiów, ekonomii. Nietypowe połączenie, ale uwielbiałem też język polski, przez to, że była to literatura, filozofia, historia i wiedza o społeczeństwie w jednym, a dodatkowo na całej mojej ścieżce edukacyjnej miałem pasjonujących i bardzo zachęcających nauczycieli tego przedmiotu. Gdy wyjechałem do Wielkiej Brytanii, skupiłem się na różnych próbach łączenia tych różnych przedmiotów i moim głównym przedmiotem zainteresowania stała się ekonomia, do której dołączyłem pasję – języki obce. Myślę, że takie mieszanie i eksperymentowanie dało mi dość ogólny i szeroki wzgląd na naukę. Z jednej strony nie mam większych problemów ze ścisłymi zagadnieniami, a z drugiej mogę pielęgnować moje humanistyczne zacięcie.

[M.K.]: Jak wnioskuję za tymi pasjami stały też sukcesy. Co cię wyróżniało w kwestii kwalifikacji BASu?

[N.M.]: Na to pytanie chyba najlepiej odpowiedzą rekruterzy. *śmiech* Wydaje mi się, że tym, co mogłem wnieść do mojej aplikacji, były sukcesy w konkursach, jak np. Olimpiadzie Geograficznej. Z drugiej strony, miałem dość wysoką średnią i kilka godzin wolontariatu. Mam wrażenie, że moim największym atutem był dość wielokierunkowy charakter moich zainteresowań. Z jednej strony wspominałem o znajomości czterech języków, a z drugiej mogłem dodać, że prowadziłem szkolną drużynę matematyczną. Uważam, że to ogólne podejście do nauki pozwoliło mi dostać stypendium BAS.

[M.K.]: O, języki to dobry punkt zaczepny. Jak wygląda ta przygoda na przestrzeni czasu?

[N.M.]: W momencie aplikacji na BAS znałem cztery języki – angielski, niemiecki, rosyjski i francuski. Potem z francuskiego wyszedł hiszpański, następnie włoski, którego ostatnio zacząłem się uczyć. Mam przeczucie, że im głębiej wchodzi się w świat języków i poznawania związanych z nimi kultur, muzyki, kuchni czy literatury, to staje się bardzo uzależniające. *śmiech*

[M.K.]: A jak dokładnie było z decyzją o edukacji za granicą? Przychodzi ci do głowy jakiś moment?

[N.M.]: Nawet pamiętam ten moment w pewien jesienny dzień. To było w okresie, kiedy wybierałem liceum i nie za bardzo wiedziałem, co zrobić. Zawsze z tyłu głowy miałem przeczucie, że może właśnie edukacja za granicą będzie ciekawą alternatywą i zarazem przygodą, która wzbogaci mnie zarówno edukacyjnie i kulturowo. Dosłownie przez przypadek moja przeglądarka naprowadziła mnie na informacje o BASie i wtedy powstała ta myśl – „czemu nie spróbować i zaaplikować”? Pliki cookies mogą mocno pomóc w zmianie życia o sto osiemdziesiąt stopni. *śmiech*

Finalnie wyszło tak, że przez pewien okres skupiłem się na zbieraniu rekomendacji czy materiałów potrzebnych do aplikacji. Potem przyszedł mail z BASu z zaproszeniem na wywiad. Kompletnie nie sądziłem, że się dostanę – bo czemu ja spośród tylu świetnych uczniów? Dwa dni później otrzymałem telefon, że udało mi się dostać. Wtedy nie było już odwrotu.

Wszedłem w to i spędziłem dwa świetne i produktywne lata w Wielkiej Brytanii, a teraz, idąc dalej z przygodą i kolejnymi wyzwaniami, wszedłem w system amerykański.

[M.K.]: A jak to wyglądało z perspektywy stricte naukowej?

[N.M.]: Tu muszę zaznaczyć, że pierwszą klasę liceum skończyłem w Polsce. Poszedłem wtedy na mat-fiz, ale zawsze w głębi siebie miałem zamiłowania do języków, czy to szeroko rozumianych problemów społecznych. Przyznam, że wtedy ciężko było te wszystkie zainteresowania połączyć pod dość sztywnymi ramami profilu licealnego. Przez to, wszystko wydawało się być z leksza niepoukładane w mojej głowie. I to był jeden z powodów, który brałem pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o wyjeździe do Wielkiej Brytanii, pomyślałem „czemu by nie połączyć tego wszystkiego?”.

[M.K.]: Czyli stwierdziłeś, że jednak brytyjski system edukacji pozwoli ci na szerszy rozwój.

[N.M.]: Tak, w moim przypadku tak było, ale o polskiej edukacji wyrażam się z olbrzymim szacunkiem i nostalgią. Po kilku latach spędzonych w tych dwóch systemach zauważyłem, że polski system daje poczucie szerokiej, interdyscyplinarnej wiedzy. Dla przykładu lekcje języka polskiego to zgłębienie wartości, na których opiera się kultura Europy. To aspekty, z którymi potrafimy odnaleźć się wszędzie. Tak samo jest z matematyką czy geografią. Nabywamy holistycznego spojrzenia na świat, które jest bezcenne, szczególnie patrząc z dzisiejszej perspektywy. Wracając jednak do brytyjskiego systemu, to wolność w wyborze przedmiotów przekonała mnie szczególnie i nie wiem, czy w takiej skali byłoby to możliwe w Polsce.

[M.K.]: A polska szkoła? Wsparła cię?

[N.M.]: Wydaje mi się, że byłem chyba pierwszą osobą z mojego regionu, która zdecydowała się na taką nietypową ścieżkę edukacji, więc pewnie dla samej szkoły było to duże wyzwanie. I mimo tego, że bezpośrednio proces aplikacji spoczął na moich barkach, to zamiłowania do niektórych przedmiotów, ciekawości zdobywania wiedzy czy niektórych zdolności interpersonalnych nie nauczyłbym się bez mojej polskiej szkoły.

[M.K.]: A co ze wszelakimi obawami? Ta droga na pewno się bez nich nie obyła.

[N.M.]: Podchodziłem do tego różnie. Byłem zafascynowany. Wiedziałem, że zaczyna się coś kompletnie nowego, co nie będzie zwyczajnym scenariuszem. Oczywiście, życie zweryfikowało moje niepokoje i nie ukrywam, że jednym z nich była komunikacja. Nie ukrywajmy, kompletnie inaczej używamy obcego języka na lekcji w klasie, a inaczej gdy idziemy na lekcję literatury angielskiej. Pierwsze tygodnie były dość trudne pod tym względem, ale z językiem idzie się dość szybko osłuchać i prędko staje się on codziennością. Na pewno nie ma powodów, aby wahać się przez aspekt językowy. Pewnie, nie pominiemy tej trudności bez pracy nad jego rozwojem, ale jest to wyzwanie, które da się sprawnie pokonać.

Z drugiej strony, nie jest łatwo żyć w dwóch, czasami nawet trzech miejscach jednocześnie. Masz bliskich w Polsce i Wielkiej Brytanii, teraz jeszcze na studiach w zupełnie innym miejscu, dylematy i konflikty czasowe się podwajają i trudno czasami to wszystko pogodzić. Niemniej jednak myślę, że z odrobiną dobrej woli i planowania da się to wszystko opanować w dość przyzwoity sposób

[M.K.]: W tej całej drodze uczestniczył również BAS.

[N.M.]: Tak, bo to nie tylko stypendium, które wysyła cię do szkoły w Wielkiej Brytanii. Samo motto organizacji mówi: networking for success. Działanie w ramach BASu daje dość długą listę ambitnych osób, które prowadzą przeciekawe inicjatyw, i od których można się wiele nauczyć. BAS to także przyjaźnie i wzajemna wspólnotowa pomoc, na przykład w ramach wprowadzania nowych stypendystów w dość osobliwy i zupełnie nowy system edukacji.

[M.K.]: Jeszcze raz cofnę się do początków. Pochodzisz z małej miejscowości. Jak to wyglądało w kwestii możliwości?

[N.M.]: Możliwości są wszędzie, choć muszę z lekkim bólem przyznać, że największym problemem osób z mniejszych miejscowości jest dostęp do informacji. Gdyby nie algorytmy internetowe, nie pojechałbym do szkoły w Anglii. Mam wrażenie, że przez to, w mniejszych ośrodkach podświadomie istnieje taka wydeptana ścieżka, którą jest najwygodniej podążać. Nie zawsze jest pomysł, jak ją troszkę zmienić. Może nie ma świadomości, że można zrobić coś troszkę innego.

Ja pochodzę z Kamiennej Góry. To dwudziestotysięczna miejscowość w Sudetach. Kiedy pojechałem do Anglii, albo kiedy rozpocząłem pierwszy rok moich studiów w Abu Zabi, zauważyłem u siebie więcej zrozumienia w sferze patrzenia na niektóre problemy. Nie była to jednak radykalna zmiana, a raczej dopełnienie tego, czego nauczyła mnie moja rodzima społeczność. Bycie częścią lokalnej i zarazem bardziej globalnej społeczności jest bardzo ciekawym doświadczeniem, które daję dość holistyczną perspektywę na różne poglądy, i wyzwania jakie przed nami stoją.

[M.K.]: Więc już tak kończąc, co powiesz młodszym, którzy pragną edukacji za granicą?

[N.M.]: Spróbujcie! Zachęcam wszystkich, którzy mają z tyłu głowy pójście tą inną, mniej szablonową drogą, do wyznaczania swoich własnych ścieżek. Aplikacja na takie programy jak BAS będzie świetnym początkiem w osiągnięciu tego i wielu innych Waszych celów.

Rozmowa przeprowadzona w dniu 26.09.2020 r.