Brexit i Unia Europejska

Krótka historia integracji europejskiej

Wielu ludzi tkwi w błędnym przekonaniu o początkach integracji europejskiej, jakoby zaczęła się ona dopiero po drugiej wojnie światowej. Jest to zupełnie nietrafione, zwłaszcza patrząc na ilość momentów w historii Starego Kontynentu, gdy wielcy myśliciele przekazywali w różny sposób swoje idee Zjednoczonej Europy. Przykładowo Otton III chciał wskrzeszenia Cesarstwa Rzymskiego, które miałoby składać się z czterech królestw (Bolesław I Chrobry miałby być królem jednego z nich), a wszyscy królowie byliby podlegli cesarzowi; kolejnym przykładem jest czas, gdy chrześcijańska Europa jednoczyła się dla wspólnej obrony przed islamskim Imperium Osmańskim; w 1728 roku opat Charles de Saint-Pierre zaproponował unię osiemnastu suwerennych państw, między którymi nie byłoby granic, miałyby wspólny skarb oraz unię gospodarczą. Wielu myślicieli również w nieco późniejszym okresie popierało pomysł federalizacji krajów Europy, m.in. markiz La Fayette czy też Tadeusz Kościuszko wspierali ideę Stanów Zjednoczonych Europy, będąc pod wpływem amerykańskiej Deklaracji Niepodległości – później ten pomysł popierany był przez Hugo Kołłątaja, Stanisława Staszica, Giuseppe Mazziniego czy Victora Hugo. 

Po zniszczeniach i stratach, jakie spowodowała pierwsza wojna światowa, nastąpiło ponowne zainteresowanie ideami zjednoczenia Europy, tym razem celem utrzymania pokoju – były to przede wszystkim postulaty wysuwane przez Coudenhove–Kalegriego, założyciela Międzynarodowej Unii Paneuropejskiej. Zgodnie z myślą austriackiego hrabiego i dyplomaty powinno nastąpić utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy, które miałyby powstać w trzech etapach: najpierw powstanie krajowych związków paneuropejskich, następnie unii celnej, a finalnie federalizacja Europy. Sam Kalegri mówił o możliwościach realizacji swojej koncepcji w taki sposób: 

„Czy jakaś myśl pozostanie utopią, czy też stanie się rzeczywistością, zależy zazwyczaj od liczby i tężyzny jej zwolenników. Dopóki w Paneuropę wierzą tysiące – pozostanie utopią; dopiero kiedy zaczną w nią wierzyć miliony – stanie się programem politycznym; gdy tylko zaczną wierzyć setki milionów – stanie się rzeczywistością. […] W związku z tym […] musi najpierw Paneuropa zapuścić korzenie w sercach i głowach Europejczyków. Mosty porozumienia, interesów i przyjaźni muszą zostać przerzucone od narodu do narodu, od przemysłu do przemysłu, od związku zawodowego do związku zawodowego, od literatury do literatury. […] Aby do tego doszło, musi we wszystkich państwach Europy wejść w życie ruch i organizacja, której niezaprzeczalnym celem jest budowa Paneuropy: Unia Paneuropejska!”.

Trzeba więc nam zauważyć, że integracja europejska to nie proces, który sensu stricto rozpoczął się po drugiej wojnie światowej – idee te występowały już dużo wcześniej; nie umniejsza to jednak faktu, że w prostej linii przodkami Unii Europejskiej są wspólnoty i instytucje będące bezpośrednią reakcją na zakończenie wojny. Zmęczony, a jednocześnie zniszczony trwającą sześć lat wojną kontynent pragnął jak najszybciej podnieść swoje gospodarki z gruzów, a także marzył, by nigdy nie dotknęła go już wojna pokroju tej, której krwawe żniwo wynosi ok. 80 milionów ludzkich istnień. W grudniu 1947 roku w Paryżu powstał Międzynarodowy Komitet Ruchów na Rzecz Jedności Europejskiej, następnie odbywający się w dniach 7-10 maja 1948 roku w Hadze Kongres Europejski zapoczątkowały proces, który trwa do dnia dzisiejszego. Filarami pochodzenia Unii Europejskiej są trzy wspólnoty: Europejska Wspólnota Węgla i Stali (EWWiS) powołana traktatem parskim z 1951 roku przez sześć państw. Powodzenie EWWiS skłoniło przywódców szóstki do dalszych prób integracji. Powstał pomysł Europejskiej Wspólnoty Obronnej oraz Europejskiej Wspólnoty Politycznej – jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe odmówiło ratyfikacji traktatu o Europejskiej Wspólnocie Obronnej, co spowodowało odłożenie ad acta również pomysłu wspólnoty politycznej. Politycy szóstki nie zaniechali dalszych prób integracji, mimo tego niepowodzenia i w 1957 roku utworzyli dwie instytucje międzynarodowe: Euratom (skupiającą się badaniach i wykorzystywaniu energii jądrowej) oraz najważniejszą z trzech pierwotnych wspólnot europejskich, Europejską Wspólnotę Gospodarczą (EWG), która w 1992 roku została przez traktat z Maastricht nazwana Wspólnotą Europejską – trwała aż do formalnego określenia jako Unia Europejska przez traktat lizboński.

Trochę o Brexicie

Musimy zdawać sobie sprawę, że kwestia wychodzenia przez Wielką Brytanię z Unii Europejskiej nie jest jedynie specyfiką ostatnich kilku lat. Brytyjczycy już kilkanaście miesięcy po wstąpieniu do jeszcze wtedy Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej mieli możliwość opuścić wspólny rynek (referendum z 5 czerwca 1975 roku). Wtedy jednak Wyspiarze zdecydowali się pozostać w EWG przeważającą większością głosów. Eurosceptycyzm był obecny w polityce brytyjskiej po obydwu stronach politycznej barykady: zarówno u konserwatystów, jak i laburzystów. Prawica bała się zatracenia tożsamości narodowej, natomiast lewica dominacji dużego kapitału kosztem zwykłych obywateli. Brytyjczyków od zawsze bardziej interesował wspólnota gospodarcza niż kulturowa, czy duchowa. Przyjmowane kolejno traktat z Maastricht, traktat amsterdamski oraz traktat lizboński dla polityków zza kanału La Manche stało się jasne, że Unia Europejska wyszła już daleko poza swój stricte gospodarczy charakter. Tak więc już od lat 90. ubiegłego wieku można było wyglądać nadchodzącego referendum członkowskiego, czy też zwyczajnie rewizji bilateralnych relacji Wielka Brytania – Unia Europejska; nie zostało to jednak dostrzeżone przez polityków, analityków i komentatorów.

Gdy 23 stycznia 2013 roku podczas konferencji prasowej w Bloombergu urzędujący premier Zjednoczonego Królestwa David Cameron zapowiedział referendum, a była to być może czysto polityczna zagrywka – zbliżały się brytyjskie wybory parlamentarne. Na fali obietnic (w tym o zorganizowaniu referendum) konserwatyści wygrali wybory do Izby Gmin. Nie spodziewali się jednak, tak samo jak laburzyści i w zasadzie wszyscy członkowie politycznego mainstreamu, że Brexitu stanie się rzeczywistością. W głosowaniu, co prawda, niewielką większością, ale zwyciężyli przeciwnicy dalszego członkostwa w Unii Europejskiej. David Cameron ogłosił swoją dymisję, a przysłowiowe „piwo, które naważył” dał do wypicia Theresie May. Mimo że referendum było tak naprawdę tylko fakultatywne, trzeba było podjąć konkretne kroki, skoro stało się to, co się stało.

24 stycznia 2017 roku Sąd Najwyższy Zjednoczonego Królestwa wydał orzeczenie, w którym stwierdził, że  rozpoczęcie procedury Brexitu będzie możliwe tylko za zgodą parlamentu. Rząd ową zgodę otrzymał, więc 29 marca 2017 uruchomiono art. 50 traktatu lizbońskiego stanowiącego właśnie o sytuacji występowania jakiegoś kraju z Unii Europejskiej. Rozpoczął się więc dwuletni okres wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Przynajmniej tak wydawało się Brytyjczykom, a także ich mediom. Gdy piszę ten tekst, jest wrzesień 2019 roku, a Wielka Brytania dalej jest członkiem Unii Europejskiej. Niemożność przegłosowania odpowiedniej umowy w brytyjskim parlamencie, trudności w porozumieniu się z Unią Europejską spowodowały już dwukrotne przełożenie terminu wyjścia Zjednoczonego Królestwa ze wspólnoty

Theresa May nie podołała wyzwaniu, które postawił przed nią Cameron, nie zdołała wynegocjować umowy, która zyskałaby poparcie brytyjskiego parlamentu. W pewnym momencie osobiście zrobiło mi się żal tej kobiety, która całe swoje życie poświęciła w tym okresie dla Zjednoczonego Królestwa. Nie raz było widać, jak bardzo zmęczona jest ciągłym stresem. 24 maja 2019 roku zapowiedziała, że 7 czerwca odejdzie z urzędu i tak też się stało. Nowym szefem gabinetu Wielkiej Brytanii został Boris Johnson. Ten człowiek jest kolejnym średnio zapowiadającym się premierem Zjednoczonego Królestwa – jest pierwszym w historii szefem rządu, który przegrał trzy pierwsze głosowania w brytyjskim parlamencie. W nocy z 9 na 10 września jego decyzja o zawieszeniu parlamentu na pięć tygodni w związku z brexitowym napięciem weszła w życie; spotkała się ona z oporem społecznym, a już 24 września brytyjski Sąd Najwyższy orzekł o bezprawności takiego postępowania premiera.

W październiku 2019 roku nastąpiło trzecie już przedłużenie czasu na Brexit. Zgodę na to wydały kraje UE27; formalnie wydłużenie czasu było blokowane przez rząd francuski, który oczekiwał wywierania jak największej presji na Brytyjczyków. Zmiana stanowiska Francji była motywowana rosnącym prawdopodobieństwem przedterminowych wyborów do Izby Gmin. Tak też się stało – 12 grudnia odbyła się elekcja, którą zdecydowanie wygrała Partia Konserwatywna, zdobywając bezwzględną większość miejsc w Izbie. Daje to partii Borisa Johnsona mandat do realizacji hasła „Get Brexit done”. 365 miejsc w 650-osobowej Izbie daje Partii Konserwatywnej najlepszy wynik od 1987 roku. Równocześnie laburzyści pod wodzą Jeremy’ego Corbyna ponieśli całkowitą klęskę – 203 miejsca w niższej izbie brytyjskiego parlamentu to najgorszy wynik od 1935 roku. Czy brytyjska telenowela wreszcie się skończy? To pytanie stawia sobie każdy, kto próbuje śledzić wydarzenia towarzyszące Brexitowi od momentu referendum.

 

Źródło: Miguel Á. Padriñán; Pixabay.

 

Dlaczego Brytyjczycy w większości chcą Brexitu?

W jednym z artykułów napisanych jeszcze przed referendum brexitowym, w listopadzie 2015 roku znalazłem tezy, dlaczego Brytyjczycy potrzebują wyjścia z Unii. Artykuł został zamieszczony na stronie internetowej „The Daily Telegraph”, centroprawicowego i konserwatywnego brytyjskiego dziennika. Nie trzeba szczególnie się w nie wczytywać, by dostrzec, jak bardzo typowe dla brytyjskiego podejścia one są:

  1. Unia będzie coraz bardziej „mieszać się” w sprawy państw składowych.
  2. Budżet UE będzie stale rósł, co oznacza, że Wielka Brytania musiałaby coraz więcej wpłacać.
  3. Skoro Unia dąży do wprowadzenia wspólnej waluty, to da Wielkiej Brytanii dla której odejście od funta szterlinga jest niewyobrażalne, będzie bardzo niewygodnym przebywanie we wspólnocie, gdzie jako jedyny kraj nie będzie posiadała owej waluty, jaką jest euro.
  4. Prawdopodobnie w przyszłości znaczenie Unii na rynku światowym będzie spadać, natomiast innych krajów wzrastać. Pozostanie we wspólnocie spowoduje proporcjonalnie mniejszy zysk od tego, jaki mogliby uzyskać, będąc samodzielnym krajem.

Są to typowo intelektualistyczne przyczyny, dla których ktoś mógł zagłosować za leave. Spójrzmy teraz bardziej na perspektywę „zwykłych, szarych” Brytyjczyków. Zdaniem Jonathana Luxmoore przeciwnicy Unii mieli mocniejsze, ostrzejsze argumenty niż zwolennicy; wskazuje również, że podczas kampanii referendalnej (vote leave, vote remain) zamiast czystych, klarownych informacji obywatele otrzymywali sieczkę dezinformacji i demagogii. Zdaniem autora zdecydowanie częściej na remain głosowały osoby odnoszące sukcesy, którym akurat się powodziło. Natomiast na leave obywatele zapomnieni, będący w niekorzystnej sytuacji. Wniosek nasuwa się prosty: wielu Brytyjczyków w Unii dopatruje się pochodzenia swojej kiepskiej sytuacji.

Wystarczy zobaczyć, jak wielu Wyspiarzy już w dwa dni po referendum poszukiwało możliwości zmiany głosu, gdy zobaczyli, jak niepewne nadchodzą czasy, funt szterling traci na wartości, a gospodarka staje się niestabilna. Możliwe jest więc, że taki wynik referendum jest wynikiem w pewien sposób nieuzasadnionych obaw zwyczajnych – jak to byśmy określili w Polsce – Kowalskich, mieszkańców Anglii. 

Ktoś mógłby zarzucić mi błąd merytoryczny – chodzi przecież o Wielką Brytanię, nie Anglię. Jedynie jednak w Anglii, czyli można by rzec fundamencie Zjednoczonego Królestwa, poparcie dla Brexitu było tak duże. Szkoci w większości zagłosowali za remain. Jest więc to bardziej złożona sytuacja, która wymagałaby opisania od podstaw wielu czynników.

Dalsze perspektywy integracji europejskiej

O nadchodzących rozszerzeniach Unii praktycznie nie słyszymy. Od dobrych pięciu lat dzieje się masa rzeczy będących sprawdzianem dla już istniejącej wspólnoty. Od kryzysu migracyjnego, przez spór o polską konstytucję, po dyrektywę o pracowników delegowanych czy Nord Stream II. Warto zadać sobie w takiej sytuacji pytanie: co więc będzie z integracją europejską? Od ostatniego rozszerzenia minęło już pięć lat i trudno powiedzieć, kiedy nastąpi kolejne rozszerzenie. 

Zapytałem o tę kwestię byłego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, pana Jerzego Buzka. Zdaniem europosła Platformy Obywatelskiej Unia Europejska nie kończy roszerzeń, jednak na przyszłość będzie zdecydowanie bardziej ostrożna w przyjmowaniu nowych członków wspólnoty. Co ciekawe, Jerzy Buzek nie dopatruje się przyczyn takowego stanu rzeczy w Brexicie: „Powód jest prosty i nie ma bezpośredniego związku z Brexitem. Chodzi raczej o to, że kraje Europy Środkowo-Wschodniej nie integrują się w sposób wystarczający. Trzy nie są w strefie Schengen, dwa mają problemy z praworządnością (art. 7)”. Osobiście nie wiem, czy z panem Buzkiem podzieliłbym poglądy na temat tego, jak ma wyglądać Unia Europejska, natomiast z pewnością uważam, że skoro Polska jest w strukturach unijnych, to powinna stosować się do „zasad gry”, jakie obowiązują aktualnie w Unii. 

Podsumowanie

Brexit to mieszanina wielu czynników, mechanizmów i relacji, których kombinacja spowodowała, że obecnie Zjednoczone Królestwo znajduje się w takim, a nie innym miejscu swojej historii. Z pewnością jest to jeden z ważniejszych momentów w jego dziejach, być może o wadze podobnej do rozpadu brytyjskiego imperium kolonialnego. Unia Europejska w tym samym czasie również stoi na rozdrożu. Co stoi za kryzysem, który aktualnie przeżywa wspólnota? Rządy krajów Europy Środkowo-Wschodniej, czy raczej rządy Niemiec i Francji? I myślę najważniejsze pytanie w obecnej sytuacji: czy Unia musi zostać zreformowana?

 

Andrzej Mandryka

 

Więcej świetnych artykułów znajdziecie w najnowszym numerze „Kongresów”!