Artur Rubinstein w ONZ

Źródło: Carl Van Vechten, Wikimedia.

Artur Rubinstein był cudownym dzieckiem — urodzony w 1887 roku pianista już w wieku 13 lat miał za sobą koncerty przed publicznością w Berlinie, gdzie mieszkał jako student. W 1902 roku koncertował w Warszawie z orkiestrą pod batutą Emila Młynarskiego, którego córkę w 1932 roku Rubinstein poślubił.

Sam Artur był z pochodzenia Żydem, ale czuł się też Polakiem. Gdy w 1938 roku we Włoszech uchwalono ustawy antysemickie, odwołał wszystkie swoje zaplanowane koncerty w tym kraju, a także oddał wszystkie odznaczenia, które tam otrzymał. W 1939 roku wraz z żoną Anielą wyjechał na zachód. Przez całą wojnę koncertował w Stanach Zjednoczonych, m.in. na rzecz uchodźców wojennych, głównie tych polskich, lecz nie tylko i właśnie wtedy — podczas drugiej wojny światowej — powstał w Stanach Zjednoczonych zwyczaj grania hymnu amerykańskiego przed koncertami. Również Artur Rubinstein wykonywał „The Star–Spangled Banner” przed swoimi licznymi występami.

W 1945 roku został zaproszony, by wystąpić przed delegatami z 50 państw założycieli ONZ obradującymi w San Francisco Opera House podczas konferencji założycielskiej. Po wielu latach o wydarzeniach z próby przed koncertem mającym się odbyć 26 czerwca 1945 roku mówił: „Była duża sala, pełna chorągwi. Ja przyszedłem na próbę i szukałem chorągwi polskich. Chorągwi polskich nie było. Jak to, powiedziałem, cała wojna szła o Polskę. Niby to Francja, Anglia, Ameryka walczyły za Polskę. Ja byłem absolutnie wściekły. Jak był koncert po południu, musiałem zawsze podczas wojny grać na początku hymn amerykański. I grałem tym razem też, jak zwykle, ale nagle coś we mnie wezbrało. Moja żona stała tam za kulisami, wiedziała, co ja robię”.

Jak mówią historycy, Polska nie mogła być obecna na konferencji, z powodu rozbieżności, między aliantami, co do reprezentacji naszego kraju — zachodni alianci uznawali rząd RP w Londynie, natomiast ZSRR Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej.

W dalszej części wywiadu Artur Rubinstein mówi już o wydarzeniach z koncertu: „Wstałem z krzesła, zamiast grać dalej, powiedziałem: Tutaj, w tej sali, chcecie robić… urządzić szczęśliwą przyszłość świata. Brakuje mi chorągwi Polski, za którą walczyliście. Ja tego nie mogę tolerować. Ja wam zagram hymn polski. I proszę wstać!”. Wściekły z takiego obrotu wydarzeń przewodniczący delegacji radzieckiej Wiaczesław Mołotow z wyraźnym grymasem podniósł się z siedzenia tak, jak wszyscy na sali. Musiał stać na baczność i słuchać hymnu kraju, który już nie miał być suwerenny, miał być marionetką — a tutaj stało się coś niespodziewanego — cały świat słuchał „Mazurka Dąbrowskiego”.

Andrzej Mandryka

Artykuł został opublikowany w trzecim numerze „Kongresów”. Zapraszamy do jego lektury. Prosimy kliknąć tutaj.

Autor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *