Уходи! Уходи! Уходи!

Łukasz Piłat

Źródło: Pexels.

Rok 2020 w dziejach historii odznaczy się pandemią koronawirusa, która zostanie zapamiętana jak czas, kiedy światem zawładnęła hiszpanka. Ten temat zastępczy przysłania jednak ludziom obraz przełomowych zmian w świecie geopolityki. Najgorsze jest jednak to, że większość Polaków nie bierze w ogóle pod uwagę, jak na nasz kraj mogą wpłynąć przemiany na Białorusi. Ostatnio, kiedy Taco Hemingway wypuścił płytę Jarmark, pojawiło się ni stąd, ni zowąd wielu pseudoznawców politycznych, którzy powielają tylko poglądy autora. Dlatego niewielu sili się zbytnio na choćby wyściubienie nosa z własnej dziupli – Polski, by rozejrzeć się czy nie idą drwale albo czy nie nadciąga burza, która może ich spokojny dom obrócić wniwecz…

Opisywanie samego przebiegu protestów byłoby nudne jak flaki z olejem. Dlatego chcę tego uniknąć, a w całości poświęcić się rozpatrywaniu tego, co może się z Białorusią stać. Rozpatrzyć różne warianty. Przecież Łukaszenka, mimo dużej pewności siebie, nie rządzi potęgą i może podzielić los innego, podobnego mu w wielu ideach i w sposobie rządzenia, przywódcy.

Chodzi oczywiście o „słońce Karpat” – Nicolaego Ceaușescu. Ostatnio znów zaczęto głośno mówić o tym, że, mimo skromnych, wręcz pustych zeznań majątkowych, Łukaszenka jest prawdopodobnie miliarderem. Z równie dużymi pieniędzmi do czynienia miał Ceaușescu, który, gdy znalazł się w podobnej sytuacji co Łukaszenka, postanowił po prostu zbiec. Tę próbę udało się skutecznie udaremnić. Do zatrzymania przywódcy Rumunii przyczynili się wtedy w dużej mierze wysocy rangą wojskowi, którzy przecież blisko z nim współpracowali. Przygotowali mu i jego żonie – Elenie, błyskawiczny proces pokazowy przed sądem wojskowym, po czym dokonali widowiskowej egzekucji, która dziwnym trafem była rozprowadzana na kasetach wideo. Zdjęcie z Timisoary, które przyczyniło się do rozpoczęcia wystąpień w Bukareszcie, było prawdopodobnie sfabrykowane. Cały ten, można nazwać, zbieg okoliczności, prawdopodobnie wywołany był względami majątkowymi, o których wcześniej wspomniałem. Dużą część posiadania Ceaușescu udało się odzyskać i przejąć do skarbu państwa, co nie zmienia faktu, że zapewne i organizatorzy całej akcji nie poskąpili sobie przy okazji grosza. W mojej opinii wojsko i służby są na tyle oddane Łukaszence, że nie jest ich w stanie przekonać aspekt finansowy. Inny aspekt rewolucji w Rumunii to chęć oczyszczenia się z zarzutów grzechów minionego systemu, znalezienie kozła ofiarnego w celu zaspokojenia żądań tłumu, który chciał rozliczenia winnych. Sądzę więc, że jeżeli ruch opozycyjny urósłby jeszcze bardziej w siłę, wojsko byłoby w stanie wystąpić przeciwko Łukaszence, właśnie po to, aby uczynić z niego kozła ofiarnego i aby ludzie zapomnieli o tym, jak demonstracje były brutalnie spacyfikowane. A raczej kto te demonstracje pacyfikował.

Dużo mniej prawdopodobna byłaby wojna domowa na Białorusi. Mogłaby ona zostać wywołana tylko i wyłącznie dzięki dostawom broni z zachodu od państw NATO-wskich. Nie wydaje mi się, aby Władimir Putin miał chęć angażowania się w kolejny Donbas. A Amerykanie potrafią już działać w taki sposób, co pokazali m.in. w Afganistanie, kiedy to wyposażali i otwarcie wspierali walczących z komunistycznym rządem mudżahedinów. Szkoda, że wówczas nie przewidzieli, jak to społeczeństwo im się później odpłaci. Wracając do tematu, gdyby się jednak tak zdarzyło, to prawdopodobnie Białoruś czeka taki sam los, jak Irak w 2003 roku, a Łukaszenka prawdopodobnie również zawiśnie wtedy na stryczku tak jak Hussejn. Wtedy Białoruś przestanie być prorosyjska, jak w tej chwili jest, a stanie się proeuropejska czy może nawet bardziej – proamerykańska. Zrodzi to duży kłopot. Kraj straci ogromny rynek zbytu, jeden z największych na świecie, a jak taka utrata boli, widać było chociażby w Bułgarii zaraz po przemianach ustrojowych, kiedy upadł ZSRR, a Bułgarzy stracili duży rynek eksportowy. Dla ludzi skończy się też wtedy wysoko rozwinięta polityka socjalna zakrawająca do tej prezentowanej przez Huga Chaveza. Stany Zjednoczone zdają się wiedzieć, że nie będzie to najszczęśliwsze dla nich samych rozwiązanie. Lada moment zacznie się globalny kryzys, a sztuczne utrzymywanie niemałego przecież państwa będzie dużym obciążeniem dla budżetu.

Niemożliwe wręcz zdaje się samowolne ustąpienie z urzędu prezydenta przez Aleksandra Łukaszenkę. Jedyną możliwością, kiedy tak mogłoby się stać, to na podobnych warunkach, jak ustąpił prezydent Janukowycz na Ukrainie. Wtedy Łukaszenka spakuje swój ogromny majątek albo uda się go ulokować do Szwajcarii czy któregoś z rajów podatkowych, a sam znajdzie swoje miejsce w ukochanej Rosji. Być może Władimir Putin będzie tak dobry i zapewni wówczas Łukaszence jakąś ciepłą, dobrze opłacaną, państwową posadkę?

Kiedy już mamy kilka odpowiedzi (oczywiście nie są to wszystkie możliwe warianty, a te, które uznałem za warte wspomnienia), to teraz warto zapytać: „Co dalej?”.

Jeżeli na Białorusi pojawiłaby się władza niezależna, wybrana w demokratycznych wyborach, to wieszczę temu państwu rychły koniec. Nie ze względu na moją ogromną sympatię do prezydenta Łukaszenki, ale po prostu jest to bardzo łakomy kąsek dla obu światowych mocarstw. Mimo zbliżenia rosyjskiego, Białoruś przecież nie odrzuca w pełni zachodu. Państwo neutralne, na granicy stref wpływów dwóch imperiów: USA i Rosji, szybko stałoby się areną walki. I najbardziej ucierpią na tym obywatele Białorusi, bo ich interes stanie się wówczas wartością marginalną. Ich państwo stanie się zwykłą areną zmagań wojennych i może w ogóle przestanie istnieć, rozpłynie się pomiędzy sąsiadów, dojdzie do rozbiorów.

Interwencja amerykańska, której konsekwencje dla Białorusinów podkreśliłem wyżej, byłaby dla nas niezwykle korzystna, ale tylko do czasu, aż w USA nie nastąpi zmiana władzy. Zdaje się, że demokraci spoglądają na hołubionych przez Trumpa – Orbana i Dudę raczej w kategoriach białoruskich. Widzą w nich ciemiężycieli i trudno się dziwić, bo ja, żyjąc w Polsce, również bym do takich kategorii kwalifikował rząd Zjednoczonej Prawicy, a i niejeden Węgier tak sklasyfikowałby Orbana. Wtedy, w przypadku utrzymania się przy władzy partii rządzących, można spodziewać się kolejnych takich interwencji. Właśnie w tych dwóch krajach. Wtedy będzie można sobie nucić pod nosem: „Była wolność i swoboda, / Była demokracja”. W końcu apetyt rośnie w miarę jedzenia. Możliwe także, że Demokraci dogadają się z Putinem i na Białorusi powróci status quo.

Najbardziej dramatyczna może być interwencja wojskowa Rosji. Niezwykle mało prawdopodobna, sprawiłaby, że stracilibyśmy jednego sąsiada. A żądań, jakie wysunęłaby Rosja, należy upatrywać w schyłkowym okresie II RP i oczekiwaniach Adolfa Hitlera. Chodzi mi głównie o eksterytorialną autostradę w celu połączenia Kaliningradu z resztą Rosji, co znacznie ułatwiłoby dostęp temu krajowi do zachodu Europy. Wtedy sytuacja toćka w toćkę pokrywa się z tą opisaną dwa akapity wyżej, tyle że areną igrzysk stałaby się na powrót Polska. Tak, jak w 1939 roku.

Na koniec pozwolę sobie podsumować ten konflikt jako tragiczny. Serce podpowiada – rewolucja, jak to serce socjalisty, natomiast rozum krzyczy – Łukaszenka. Ja dalej nie potrafię się otwarcie opowiedzieć po żadnej ze stron, każde rozwiązanie przyjmę z taką samą pokorą, lecz zapewne z różnymi obawami. Nie namawiam jednak do mieszania się otwarcie w sprawy wewnętrzne obcego państwa, tylko dlatego, że Stany tak robią, to my też tak zróbmy. Przypomina to trochę czasy komunizmu, interwencję Układu Warszawskiego na Czechosłowacji. „Przebacz mi smutna Bratysławo / Hradcu Kralowy, zlata Praho / Za śmierć jaskółki tamtej wiosny / I polskie tanki nad Wełtawą”. Znowu będzie trzeba takie piosenki śpiewać, aby oczyścić sumienie narodu z kolejnego grzechu. Teraz pijąc do tego, że inna polska pieśń – Mury Jacka Kaczmarskiego stały się hymnem opozycji białoruskiej, ku uciesze Polaków. Pozwolę sobie zatem przytoczyć ostatnią zwrotkę zagłuszaną na zjazdach Solidarności, ku oburzeniu, zresztą słusznemu, Kaczmarskiego: „Zwalali pomniki i rwali bruk – / Ten z nami! Ten przeciw nam! / Kto sam, ten nasz najgorszy wróg! / A śpiewak także był sam”. A także ostatni refren; „Patrzył na równy tłumów marsz / Milczał wsłuchany w kroków huk / A mury rosły, rosły, rosły / Łańcuch kołysał się u nóg…”. To chyba odpowiednia przestroga.

I dobra puenta.